photo 1-1.jpg

4 mało realne dni

Link 10.02.2016 :: 23:31 Komentuj (5)

Ostatnio dużo się działo. Od połowy stycznia do końca lutego w Żydowskim Instytucie Historycznym można oglądać naszą wystawę "Mezuza z tego domu". O naszym projekcie, polegającym na odszukiwaniu śladów po mezuzach i odlewaniu ich w brązie już kiedyś pisałam przy okazji wizyty w Dynowie i Szczebrzeszynie. Tych z Was, którzy sprawy nie znają, przekierowuję tutaj.

Od bardzo niedawna mamy też swoje pierwsze własne biuro! Wychodzimy do pracy, a dom stał się domem. Wkrótce, gdy tylko skończymy je urządzać, podzielę się z Wami szczegółami i zdjęciami. W każdym razie widok z okna mamy nieziemski!

No i po tych wszystkich wydarzeniach, przygotowaniach i przeprowadzkach potrzebowałam kilku dni przerwy. Marzyłam, żeby się całkiem odciąć od świata. Zwolnić na chwilę i przede wszystkim odciąć się od śmietnika facebookowego. Trochę za często zaczęłam sprawdzać facebooka, stąd postanowienie, że podczas tych kilku dni nie zajrzę tam ani razu. I się udało. I było to tak wspaniałe doświadczenie, że chyba na stałe ograniczę tam swoje odwiedziny. Nagle wyszło, że można dużo bardziej się skupiać na bieżących wydarzeniach, bardziej się nimi cieszyć i myśleć o nich jako o chwilach dla mnie, a nie dla wszystkich innych, którym się wyświetla to co opublikuję... Głupie, proste, ale jednocześnie jakie odkrywcze!

I tak pojechałyśmy z Elą w Gorce.



W Gorcach nigdy wcześniej nie byłam. Miałyśmy wejść na Turbacz i tam w schronisku zostać 2-3 noce, odpocząć, wyciszyć się. Szybko jednak okazało się, że z tym odpoczynkiem to trochę nie wcelowałyśmy... Zamiast spodziewanych 2 godzin trasy z plecakami powitał nas szlak na 3,5 godziny marszu w śniegu, miejscami po lodzie, gdzie sobie nieco tyłki obiłyśmy. Ale widoki i utęskniony śnieg wynagradzał te cierpienia.






Idąc, spotkałyśmy 2 osoby schodzące na dół. Przed nami musiały iść tylko 3 osoby, bo tylko tyle śladów na śniegu wypatrzyłyśmy. Po drodze przypomniała mi się historia mojej babci, która w 1946 roku była z drużyną harcerską na Turbaczu i błądząc nocą co chwila natykały się na obozowiska i ogniska partyzantów. Stąd dzisiaj szlak na Turbacz nazywa się szlakiem partyzanckim. W końcu popołudniem dotarłyśmy do schroniska. Był czwartek, tych śladów mało, spodziewałyśmy się raczej pustki. I szłyśmy tam, żeby się wyciszyć. Otwieramy drzwi do schroniska, wchodzimy do sali głównej, a tam... 50 żołnierzy! 50 par oczu nagle się na nas skierowało, podniosła się wrzawa i przekrzykiwanie "zapraszamy do stolika!". Szybko się rozejrzałyśmy, nikogo poza nami, nimi i obsługą schroniska nie było... Na Eli pytanie "Co tu się dzieje?" jak bumerang wróciło do mnie "partyzanci!". Takie międzypokoleniowe deja vu. Panowie żołnierze okazali się jednak jednostką specjalną Nil, która przybyła tam na ćwiczenia. Długie marsze po śniegu w górach, spanie na dworze i tego typu rozrywki. Ale rozrywką chyba było dla nich też spotkanie z nami, bo zaraz zaczęli się przysiadać i zagadywać. Wszyscy zgodnie twierdzili, że ich jednostka jest po to, żeby chronić nas dwóch. Więc z odpoczynku i wyciszenia były nici. Cała sytuacja była kompletnie absurdalna i od czapy, ale było śmiesznie bardzo i sympatycznie. Było też ognisko. O 5 rano panowie żołnierze ruszyli w dalszą trasę, zostawiając za sobą tylko wydeptaną ścieżkę.

My z Elą, już na spokojnie, mogłyśmy sobie spacerować, grać w tysiąca i rysować.










Śnieg był tak puchaty, że nie mogłam sobie odpuścić. Musiałam sprawdzić...




Przenocowałyśmy na Turbaczu jeszcze jedną noc i ruszyłyśmy do schroniska na Maciejowej. Pogoda zmieniała się tak gwałtownie, że w ciągu kilku minut z całkowitego zamglenia widoczność poprawiała się całkowicie. Albo byliśmy w chmurze... Tu widać, jak chmura ucieka.




I nagle pojawiły się Tatry!






No to siup. Plecaki na plecy, aparat na ramię i w trasę. Kolejne 3 godziny.






Schornisko na Maciejowej okazało się cudownie małe, kameralne i podobne do Otrytu.




Pierwsze, co zrobiłam, jak tylko chwilę odpoczęłam i zjadłam, to poleciałam na dwór rysować. Śpieszyłam się, żeby zdążyć przed zachodem słońca. W trudnych warunkach, bo przy zimnym wietrze i bez rękawiczek, powstały dwa rysunki.






Zachód słońca był jednym z najładniejszych, jakie widziałam.








W schronisku poznałyśmy kilka fajnych osób. Dołączyłyśmy się do gry w Makao do grupy kilku brodaczy i jednej dziewczyny, którzy na początku wyglądali troszkę groźnie, ale szybko okazali się swoi. Była kupa śmiechu, przepyszna pomarańczowo-kawowa nalewka, makao i gra w Dobble, a na koniec... lekcja rysunku! W rozmowie wyszło, że od czasu do czasu rysuję. Pokazałam szkicownik, pokazałam flamastry, i nagle się okazało, że wszyscy są chętni do rysowania. Dałam zadanie, by się nawzajem sportretowali i wszyscy mieli z tego dużo uciechy.
Zabawiał nas też kot Bigos.



Noc była raczej ciężka, bo pewien pan zaczął grać na gitarze o godz. 23:00 i jakoś do drugiej w nocy wyśpiewywał bardzo ładnie np. "Gitarą i piórem". Ale jednak to było już dość późno, a nasza sala była dokładnie nad salą kominkową, więc czułam się tak, jakby leżał obok i przygrywał. Ale to wcale nie było takie złe. Bo złe było dopiero, jak skończył grać i poszedł spać, jak się okazało w naszej sali. I do rana chrapał tak, że około 5 poszłam szukać miejsca do spania na ławce w sali kominkowej. Jednak zastałam tam już jedną osobę wypędzoną tym chrapaniem... Zdecydowałam się więc pana obudzić i zakazać chrapania, bo to jednak nie ja powinnam się męczyć na jakiejś ławce. Na jakiś czas pomogło. Potem znowu chrapał, potem ktoś czymś w niego rzucał i tak zeszło do rana...

Rano ruszyłyśmy w drogę powrotną. Na dół do Rabki, z Rabki do Krakowa, z Krakowa do Warszawy. Jeszcze zanim doszłyśmy do Rabki, to ten śnieżny sen prysnął. I razem z tym wspomnieniem o śnieżnej wyspie, po której już śladu nie było, z tymi żołnierzami, z tymi brodaczami grającymi w makao, z tym odpoczynkiem i brakiem facebooka, to wszystko wydawało się, jak sen. I tylko ten ból mięśni, który przez kilka dni potem sprawiał, że chodziłam jakbym zamiast nóg miała drewniane kołki, dowodził, że jednak to wszystko było.




To były tylko 4 niepełne dni, ale kompletnie dodały mi energii i pozwoliły się zrelaksować. Takie mam dwie rady: zróbcie sobie czasem wolne i wyłączcie internet.


Zimowo-samochodowo

Link 19.01.2016 :: 23:43 Komentuj (2)

Nadeszła zima. Dawno jej nie było. Póki jest, staramy się nią cieszyć.


























Spacer był bardzo przyjemny, poza momentem, kiedy wjechaliśmy autem na kamień ukryty pod śniegiem i trochę nie było wiadomo, czy coś się nie stało. Zaraz zjawił się pan, który zaoferował wyciąganie nas ciągnikiem, czego nie potrzebowaliśmy, ale pan zdążył nas jeszcze poinformować, że "to nie jest tania sprawa...". Potem, jak już wyjechaliśmy ze śniegu, jego nie całkiem trzeźwy koleżka usiłował się nam wpakować do auta, żeby go podwieźć do sklepu, bo piechotą mu się nie chciało przejść 500m, bo ślisko...

Ostatnio przygód samochodowych mam na pęczki. Była na przykład taka przygoda pod koniec grudnia, gdy jechałam z Dawidem do Szymka. Było już ciemno, jechałam jakieś 60-70 km/h i nagle huk straszny. Czuję, że coś jest nie tak. Wyskakujemy z auta, a tam flak. Wjechałam w dziurę, której nawet nie zauważyłam. A tu pusto, głucho, ciemno i potwornie zimno. Wyjmujemy koło zapasowe, zmieniamy. Trochę się z tym namęczyliśmy, ale w końcu się udało. Zadowoleni z siebie i strasznie zmarznięci wsiedliśmy do auta. A tu niespodzianka. Akumulator się rozładował... Pomimo tego, że auto stało tylko na światłach awaryjnych. Próbowaliśmy pchać, ale nie udało się odpalić. Zdecydowaliśmy się zadzwonić do Szymka, żeby przyjechał z kablami i w momencie, gdy wybierałam numer, rozładował się nam jedyny telefon... Trochę nam się głupio i nieswojo zrobiło. W końcu nadjechało jakieś auto, które zatrzymaliśmy i poprosiliśmy pasażerów, by pomogli nam pchać. I się udało!

Kolejnym razem, też na awaryjnych, rozładował się nam samochód w Warszawie. Też w środku nocy. I Alan bardzo sprytnie wymyślił, żeby zadzwonić do taxówki, czy ma kable. Okazało się, że firmy taxówkowe mają w ogóle taką usługę w swojej ofercie! Za 25zł przyjechał pan i odpalił auto.

Po tym wszystkim kupujemy nowy akumulator, bo ostatnio zgasło nam auto w czasie jazdy...........


Tel Aviv – jest, a jakby go nie było

Link 04.11.2015 :: 20:51 Komentuj (2)

Od kilku dni jesteśmy w Tel Avivie. W sobotę byliśmy na świetnym Halloween u Orena, mojego kolegi z roku z Bezalelu. Bardzo byłam zaskoczona, bo spotkałam tam prawie połowę naszego roku, w dodatku wszystkich tych, z którymi się dawniej trzymałam! Wiecie jaka to radość spotkać takich i tylu znajomych po, uwaga – 6 latach?! I pomimo upływu czasu właściwie nic się nie zmieniło. Wszyscy są tacy sami jak byli. Niektórym co najwyżej urosła broda, brzuch, jeszcze innym przybyło dzieci. Ale rozumieliśmy się dokładnie tak samo jak dawniej. Przypominaliśmy sobie swoje żarty z tamtych czasów, najśmieszniejsze sytuacje. Poczułam się tam bardzo szczęśliwa i dało mi to też posmak czegoś, czego bezskutecznie szukam w Jerozolimie. Miałam wrażenie, że te lata nie upłynęły i jesteśmy na bezalelowym wyjeździe. I dało mi też pewien spokój, którego tak do końca od czasu wyjazdu po wymianie nie miałam. Bo wiem, że może być prawie tak samo, bez cofania czasu i w innym miejscu.

Od lewej: Adam, Alan, Orr, Oren, Vadim, Ron, David, Katia dziewczyna Davida i Elad.




Początkowo pod względem pogodowym w Tel Avivie było bardzo pięknie, ciepło, a czasem nawet za ciepło.




Na tyle, że musieliśmy kupić coś na głowę. Ja się nawet kąpałam i było przecudownie!




Alan radził sobie ze słońcem jak mógł. :)




Drugiego dnia pogoda zaczęła się robić dziwna. Taka jakaś mętna. Nie wiedziałam, co to zapowiada. W dodatku niepokój wzbudzały helikoptery co i rusz lecące na południe, co od razu przywodzi na myśl, że może coś się dzieje w Gazie. Na szczęście chyba jednak nie.




No i dzisiaj się okazało, co ta pogoda zapowiadała...






To pustynny pył przyniesiony przez wiatr z Arabii Saudyjskiej. Oprócz tego, że mało widać, kiepsko się też oddycha. Niektórzy chodzą po ulicach w maskach.
Poszliśmy nad morze zobaczyć co i jak, i tak to wygląda.








Weszliśmy też na usypane z głazów molo, na które co prawda nie można wchodzić, ale aż żal było nie... Spotkaliśmy tam 2 panów Azjatów, którzy coś łowili. Na kawałki mięsa na sznurku i podbierak. Nie znam się specjalnie na łowieniu, ale na łapanie ryb to nie wyglądało.




No i rzeczywiście...
Nie miałam pojęcia, że tu są kraby. Nigdy żadnego w Izraelu nie widziałam. Szkoda, że zobaczyłam akurat w takich okolicznościach... Nie za bardzo mogliśmy się z panami porozumieć, ale pokazali na nas palcem i powiedzieli w końcu po hebrajsku "ochel?", czyli jedzenie. Krótko mówiąc, chcieli nam opylić te kraby...




Z powodu pogody odwołane zostały wszystkie loty krajowe. Zagraniczne latały, choć się dziwię.




Po całym takim dniu wszystko jest pokryte całkiem grubą warstwą pyłu o piaskowym kolorze. Włącznie z nami. My wzięliśmy prysznic, Tel Aviv ma brać prysznic przez cały jutrzejszy dzień.




Na koniec chcę się pochwalić, że jeszcze nie zapomniałam tak całkiem hebrajskiego. Zostałam poddana 2 całkiem trudnym próbom i wyszło nieźle. Pierwsza próba to zrozumienie menu w restauracji, gdzie azjatyckie dania typu Miso, Tom Kha i inne były zapisane fonetycznie hebrajskimi literami... To było dość podstępne. Druga próba była jednak dużo poważniejsza. Byliśmy wczoraj na rozmowie w sprawach zawodowych z 2 paniami, z których jedna mówiła po angielsku tylko trochę, a druga w ogóle. Więc cała 4-godzinna rozmowa musiała się odbyć prawie wyłącznie po hebrajsku. Bardzo jestem z siebie dumna. Mam nadzieję, że Wy ze mnie też!


Cieplej, martwiej

Link 30.10.2015 :: 23:12 Komentuj (0)

Przez ostatnie dni ciągle przekładaliśmy wyjazd nad Morze Martwe, czekając na lepszą pogodę. Bo tam, gdy leje, jest na prawdę niebezpiecznie. Rzeki błota i kamieni spływają z gór i zabierają ze sobą wszystko, co napotkają na drodze. Wyjazd padł na piątek. Ostatni możliwy dzień, a w dodatku połowa dnia, bo potem jest szabat i autobusy nie jeżdżą. Więc żeby zdążyć wrócić, musieliśmy się bardzo spieszyć. I złapać autobus powrotny o 13:45...

No a skutki deszczu nad Morzem Martwym dały się nam szybko we znaki. Wysiedliśmy w Ein Gedi, przepięknym miejscu, gdzie byłam wielokrotnie i gdzie nocowałam na plaży. Teraz jakoś inaczej to wyglądało... Jakby budowa, jakoś nie mogłam poznać. I jak tylko autobus odjechał, pani lokals powiedziała nam, że nie ma już plaży. Zmyło ją. Razem ze sklepikiem i stacją benzynową. Taka szkoda... Wiedząc, że mamy mało czasu, wielkie plany i kolejny autobus za około półtorej godziny, zamachaliśmy na autostop. Pan nas zawiózł do Ein Bokek. Tam już było pięknie. I w końcu udało nam się wygrzać, bo jak dotąd wygrzać się można było tylko pod kołdrą.




Jeszcze nigdy nie udało mi się tam zrobić tak na prawdę dobrych zdjęć. A teraz tak. Wzięliśmy aparat Alana zamiast mojego i od razu widać efekty. Cóż, chyba czas pomyśleć o nowym aparacie... Ten mój kupiłam właśnie na wyjazd do Izraela. To było 7 lat temu.






I Masada. Pozostałości po synagodze.






Pozostałości obozu rzymskiego.




Masadowe ptaszory.




No ale właściwie nawet ciekawsze niż sama Masada są widoki dookoła... Kosmiczne.






Fajnie by tu było latać na paralotni!










Tu na przeciwległym brzegu, czyli na wzgórzach Jordanii, po prawej stronie widać ciemny kształt konia. Jest taka legenda, że to koń Mahometa na pamiątkę jego nocnej podróży po niebie.

 photo mm15_zpsng7yspfp.jpg


No i niebezpieczne leje, o których już kiedyś pisałam. Pod ziemią na brzegu Morza Martwego są takie bąble powietrzne. Jak się stanie w takim miejscu, to się zawala i zazwyczaj się umiera. Czasem podobno szosa biegnąca wzdłuż morza zapada się, bo pod nią też są takie pułapki.



Niektóre wypełniają się wodą i powstają minijeziorka.




Wśród tej martwoty – upału, suszy, wody głównie bardzo słonej, pojawia się życie. I jest silniejsze niż wszystko inne.




W drodze powrotnej udało mi się w końcu uchwycić beduińskie wioski. Mój aparat sobie nie radził z tempem autobusu, wszystko wychodziło nieostre. Czy już mówiłam, że muszę kupić nowy aparat? Teraz na prawdę widzę różnicę.






Dla mamy.




Dla wszystkich.




Im dłużej tu jestem, tym bardziej utwierdzam się w mojej miłości do Izraela.


Powrót do przeszłości

Link 28.10.2015 :: 20:09 Komentuj (0)

Po czterech i pół roku, po długiej tęsknocie, tysiącach westchnień, przywoływaniu wspomnień, po momentach zazdrości i poczuciu nieosiągalności oto jestem. W Izraelu. Chodzę dawnymi swoimi szlakami, wydeptanymi przez miesiące tu spędzone, szukam swoich śladów stóp. Szukam sklepów, które lubiłam, panów sprzedawców, u których kupowałam. Szukam ulic i miejsc, zapachów i smaków. Kadrów. Niektóre z nich znajduję, innych nie. Nie ma ulubionego sklepu z ubraniami, niektóre z nich mam do tej pory i nie zapowiada się, żebym miała się ich pozbyć. Najtańsze stoisko na szuku jest tam gdzie było. Tylko szekel skoczył bardzo w górę. Jem daktyle, mango, oliwki, pastę z palonego bakłażana. Jem i mi się przypomina. Powietrze to samo, tylko czas już nie ten.

Przyjechałam z Alanem na 2 tygodnie. Mieszkamy w Moishe House bardzo blisko szuku.




Są bugenwille, moje ulubione. Już mam gałązkę ususzoną do zielnika.



To takie izraelskie.



W sąsiedztwie mamy dom modlitwy, często przechodząc obok słyszymy śpiewy. W okolicy też jest jakieś takie miejsce dla kobiet. Ostatnio była tam niezła impreza. Panie w chustach tańczyły do "Rabin Nachman, Nachman meUman" w wersji disco. Aż się zatrzymałam pod oknem i mi noga też zaczęła chodzić. ;)




Szuk właściwie bez zmian. Nadal awokado super tanie. Ale są też rzodkiewki mutanty.





No i odkryłam inne oblicze szuku, czyli nocną porą. Po tym, jak się zamykają stragany i handel się kończy, otwierają się różne lokale, a nawet są koncerty. Jak mieszkałam w akademiku, to było za daleko, żeby to odkryć.



Pierwsze miejsce, w które poszliśmy to Mea Szearim. Pokazuję Alanowi to wszystko, co na mnie zrobiło wrażenie. Tutaj to już zupełnie nic się nie zmienia. I za 100 lat też będzie tu tak samo.



Tałesy. Chciałoby się powiedzieć do wyboru do koloru, ale chyba raczej powiem do wyboru do rozmiaru.



Wczoraj poszliśmy na Stare Miasto, ale zanim tam dotarliśmy to pod daszkiem musieliśmy przeczekać ulewę. Ale taką, jakiej tu jeszcze nie widziałam, choć byłam tu w sumie rok i spędziłam tu 2 listopady i 2 grudnie.





Przy okazji wstąpiliśmy do McDonalda zobaczyć co i jak i okazało się, że cena zestawu kosztuje 45–60 szekli, czyli 45–60zł... Taka ciekawostka.

Jak już w końcu przestało padać, poszliśmy na Stare Miasto. A Stare Miasto jest zawsze tak samo niezwykłe. Co prawda teraz trochę się stresowaliśmy i wyglądaliśmy noży, ale na szczęście żaden nie błysnął. Na każdym skrzyżowaniu stoją żołnierze, a ja na wszelki wypadek nie mówiłam po hebrajsku, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem Izraelką... Takie prymitywne zabezpieczenie, ale jedyne jakie mogliśmy zastosować. Dzisiaj nowo poznana osoba powiedziała mi, że mam bardzo izraelski akcent w hebrajskim. :)



Niedawno wielki mufti Jerozolimy, który zawiaduje Al Aksą, powiedział, że w tym miejscu nigdy nie stała Świątynia Jerozolimska, a Al Aksa była w tym miejscu od powstania świata. Ciekawe. Ale chyba nie doprowadzi to do dogadania się obu stron...



Pod Ścianą Płaczu. Jak zwykle różne typy. Żołnierz, selfi, ortodoksi tańczą w kółku.



U kobiet trochę ciszej i skromniej.



Zachwycają mnie takie najmniejsze karteluszki powciskane w mikroszczeliny, takie że aż trudno uwierzyć, że tam się jakieś prośby zmieściły.



W okolicy Ściany Płaczu pewien pan chasyd złapał Alana za głowę, zaczął błogosławić i obydwojgu nam zawiązał na ręce czerwony sznurek. To taka kabalistyczna tradycja. Zapytał skąd jesteśmy i na odpowiedzieć, że z Polski, prawie jednym ciągiem powiedział: Lechia Kraków, Lech Wałęsa, Getto Warsza... Hmmm...

No i Bazylika Grobu Pańskiego. Zawsze jak jestem w Jerozolimie, to tu przychodzę. Niesamowite jest to natężenie wiary i świętości na tak małym obszarze, jaki zajmuje Stare Miasto. A tutaj jeszcze ilość odłamów, które modlą się w tym samym miejscu. I pewnie o to samo. Tylko czasem się kłócą, a nawet biją. Głównie przy okazji Wielkanocy.



Grób. Duchowny, który tam pilnuje, powtarzał w kółko "Quickly, quickly!".



I ten kamień, na którym złożono ciało Jezusa. Podobno pomaga, uświęca wszystko, co się na nim położy. Jedna pani nacierała całą swoją torebkę. dziewczyna postawiła glinianego aniołka.





Nie mogłam nie odwiedzić tego miejsca, o którym mało kto wie. Przy Bazylice, na zewnątrz po prawej stronie od wejścia jest kościół etiopski. I jak się tam pójdzie wąskimi schodami, to się dochodzi do etiopskich domków. Tam, tuż obok miejsca które odwiedzają tłumy, jest taki świat, zupełnie inny. Cichy.




No i dzisiaj. Poszliśmy do Wielkiej Synagogi zobaczyć kolekcję mezuz. To są mezuzy podarowane przez pewne małżeństwo, które przez lata ten zbiór poszerzało. Są wśród nich mezuzy z XIX i XX wieku. W sumie jest ich dobre kilkaset. To co tu widać, to tak mniej więcej 1/3.



Ta – moja ulubiona.



Na koniec Jad vaSzem. I tutaj, choć byłam tu już kilka razy, skoczyło mi ciśnienie. To jest takie miejsce, że tu się nie da inaczej. Chyba nie da się tak całkiem kontrolować emocji. A instalacja poświęcona dzieciom zawsze wyprowadza mnie z równowagi. Chyba nie ma lepszego żydowskiego muzeum. I patrząc od strony odbiorcy, i projektanta. Pod każdym względem kładzie na łopatki.



A tych, którzy są tu nowi lub już nie pamiętają i chcą poczytać o moich przygodach podczas spędzonego tu roku, a potem 2 miesięcy na ulpanie, zapraszam do archiwum po prawej stronie: o końca września 2008 do lipca 2009, listopad 2009 – styczeń 2010 i jeszcze maj 2011.



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2016

sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Poprzednie

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl