Seminarium o szoah
Link 02.05.2012 :: 21:46 Komentuj (1)Ostatnio mam bardzo intensywny czas. Dużo się dzieje i szybko. Dlatego fajnie odpocząć trochę w te wolne dni i zwolnić nieco. Ale zanim nadszedł ten majowy weekend, uczestniczyłam w bardzo ciekawym szkoleniu. To plakat, który na okazję tego wydarzenia zrobiłam:

Szkolenie zorganizowała Żydowska Ogólnopolska Organizacja Młodzieżowa. Prowadziła je bardzo sympatyczna Orit, która przyjechała z Izraela z muzeum Yad vaShem. W ciągu tych trzech dni bardzo dużo się dowiedziałam o holokauście - o obozach koncentracyjnych, o Rumkowskim, o codziennym życiu w gettach, trudnościach życia w getcie z punktu widzenia dzieci, omawialiśmy też prace artystów dotyczące holokaustu, oglądaliśmy film o ocalałym Israelu Aviramie. Czy wiedzieliście, że w gettach odbywały się turnieje siatkówki (w tym drużyn kobiecych), koncerty i spektakle teatralne? Ci ludzie, mimo tak strasznych wydarzeń, które codziennie im towarzyszyły, próbowali w miarę normalnie żyć. Mieli nadzieję, a to im jej jeszcze dodawało. Z obozu w Auschwitz pochodzi cała kolekcja portretów rysowanych przez jednego z więźniów. Portretował on innych więźniów, co miało dla nich wielkie znaczenie. Dawało im poczucie, że coś znaczą, że nie są całkiem anonimowi, że są kimś. A dzięki temu mieli więcej sił do przetrwania kolejnych dni.
Jedna ze straszniejszych opowieści, które usłyszałam, dotyczyła pary, która poznała się w obozie koncentracyjnym. Postanowili uciec z obozu. Wykradli mundury niemieckie i w przebraniach wydostali się na zewnątrz. Gdy po 2 tygodniach ukrywania się wyszli do kawiarni, żeby uczcić ten sukces, zostali schwytani, odesłani do obozu i skazani na publiczne stracenie. Ona nie chciała do tego dopuścić i podcięła sobie żyły. Została odesłana do szpitala, a gdy wydobrzała, Niemcy dopięli swego i dokonali publicznej egzekucji... I takich historii było wiele. I nie można o nich zapomnieć... Cięgle mnie w gardle ściskało... I nadal nie rozumiem, jak coś takiego mogło w ogóle mieć miejsce. Pewnie mało kto rozumie. A jednak.

Trzy dni rozmawiania o tym to dość dużo, a jednak bardzo mało. Czuję, że to był sam wstęp. Chciałabym wziąć udział jeszcze w tego typu spotkaniach. Yad vaShem organizuje takie dwutygodniowe, więc spróbuję się na nie zapisać. To byłby grudzień.

A teraz mogę od tego trudnego tematu nieco odpocząć. Ta wiosna wybuchła tak nagle. Pierwszego z tych ładnych dni wróciłam z Ochoty do Centrum piechotą, przez Pola Mokotowskie. A potem siedziałam z Pawłem na jednym z dachów w centrum miasta. I było tak pięknie, niebieskie niebo, papa nagrzana od słońca i widok na inne warszawskie dachy. Teraz jestem w domu i cieszę się zielenią i zapachami. Dzisiaj biegałam za motylami. Ale bez siatki.


Odwiedziłam też Spalony Dom. Ktoś wyburzył pół ściany wewnątrz i wydrapał napis "PANEK". A to mój wehikuł na tle Domu. Dawno go na blogu nie było. Prezentuje swoją nową kreację autorstwa Kingi. Ładnie mu w tych groszkach, prawda?

Zamiana w Myslovitz
Link 21.04.2012 :: 15:28 Komentuj (7)Wczoraj jak piorun strzeliła we mnie wiadomość o odejściu Artura Rojka z Myslovitz. A wiadomo, wielką fanką jestem. Było mi przykro bardzo, bo to zaskakująca decyzja. Gdy jednak ochłonęłam nieco i przyjrzałam się nowemu wokaliście zespołu, którym został Michał Kowalonek, zaczęłam myśleć, że to co się stało jest właściwie bardzo ciekawe. W internecie pojawiło się wiele komentarzy, że zmiana wokalisty oznacza koniec zespołu, ale ja się z tym nie zgadzam. Może to spowoduje nawet pewne ożywienie? Każdy nowym muzyk w zespole wnosi pewne zmiany i odświeżenie. Artur był twarzą zespołu, ale nie był jedyną ciekawą, charakterystyczną osobą. Chłopaki naprawdę mają charyzmę, więc jestem pewna, że i bez Artura sobie poradzą. W końcu teksty pisali wszyscy członkowie zespołu. A jeśli ktoś zna instrumentalną płytę Myslovitz "Skalary mieczyki neonki", to wie, że Myslovitz to nie tylko głos Artura, ale przede wszystkim świetna muzyka.
Może zespól zmieni nieco charakter, ale wydaje mi się, że Michał Kowalonek dobrze wpasuje się w stylistykę zespołu. Jestem bardzo ciekawa, co razem chłopaki stworzą. Moje obawy dotyczą natomiast wykonywania starych utworów zespołu. Mam nadzieję, że nowy wokalista nie będzie starał się naśladować Artura, bo wtedy to się nie uda. Chyba wolę usłyszeć wykonania starych piosenek na nowy sposób. Zadanie, które przed nim stoi, jest bardzo trudne. Musi przekonać do siebie publiczność, pokazać, że jest nie gorszy od Artura Rojka, a wiele osób z góry jest na nie. Ja jednak trzymam kciuki za zespół. Życie płynie, świat się zmienia, muzycy także. To tak jest z każdą dyscypliną sztuki - jeżeli się ciągle tworzy to samo, to nie ma to tyle wartości, co odkrywanie nowych dróg. A Artur ze sceny muzycznej nie znika. Ja na pewno będę z ciekawością obserwować zarówno poczynania Myslovitz, jak i Artura. Tylko gdzie on znajdzie takich fajnych muzyków?..
"Skalary mieczyki neonki cz.1"
Snowman z Michałem Kowalonkiem.
Plagi
Link 09.04.2012 :: 21:14 Komentuj (7)Dzisiaj przytrafiła nam się bardzo smutna historia. Na naszym balkonie w Warszawie gołębie miały gniazdo i wysiadywały jajka. Dbaliśmy o zdrowie psychiczne gołębicy, dlatego staraliśmy się nie wpuszczać zbyt często palaczy na balkon. W końcu wykluł się 1 pisklak. Miał już około tygodnia. Dzisiaj rano wyjrzałam, żeby zobaczyć co tam słychać. Duży już był. Pół godziny później znaleźliśmy jego zwłoki leżące na środku balkonu, bez głowy... Sroka go tak załatwiła... Strasznie było mi przykro, to był nasz gołąb. Zajrzałam na balkon 15 minut później i to co zobaczyłam, dobiło mnie jeszcze bardziej - w międzyczasie sroka wydziobała mu serce!! Zrobiła mu po prostu dziurę w klatce piersiowej! To było wstrząsające... :(
Gdy parę dni temu był u mnie Paweł, to w jego nogawce jakimś cudem znalazł się wielki trzmiel, czy coś trzmielopodobnego. Trzepotał mu się w okół nogi, ale na szczęście go nie użądlił. Wyniosłam owada na dwór, a wieczorem on znalazł się z powrotem w domu! I teraz tak sobie myślę, że to chyba plagi egipskie na nas spadły. Najpierw plaga plugastwa, a dzisiaj śmierć pierworodnych... Coś chyba źle robimy. Kogo mamy uwolnić?
Na szczęście reszta dnia była bardzo dobra. Chociaż nieźle się nacięłam i okazało się, że żadne busy dzisiaj nie jeżdżą. Żeby dotrzeć do domu, musiałam pojechać pociągiem i zrobić sobie od stacji spacer długości 5km. Ale był tak piękny słoneczny dzień, że to była przyjemność. Obawiałam się, że nie uda mi się przejść nawet 5 metrów w suchych ubraniach, ale jakoś nikt mnie nie zaczepiał. No, poza małych chłopcem, bardzo nieśmiałym, który równie nieśmiało i ukradkiem próbował we mnie psiknąć. Ale nie wcelował i tylko ze strachem w oczach spoglądał spode łba. Bardzo mnie to rozśmieszyło :) Ach tak, zapomniałam o tej szklance wody, którą Paweł zrobił mi pobudkę... ;)
Po południu poszłam na spacer z psami. Nie jestem pogodynką, ale myślę, że wiosna lada moment wybuchnie. Bo jakże by inaczej?


Ściana sąsiada.

Bocian przyniósł Dziecko!
Link 02.04.2012 :: 21:36 Komentuj (4)W czwartek urodził mi się bratanek!!! Po raz pierwszy w życiu zostałam prawdziwą ciocią. To na prawdę wzruszające i ważne dla całej naszej rodziny wydarzenie. Od 22 lat nikt się w naszej rodzinie nie urodził, nie miałam też młodszego rodzeństwa, więc też właściwie żadnego kontaktu z maleńkimi dziećmi. Dużo w związku z tym myślę o tym, jakie to niesamowite. Jak powstaje nowe życie, jak go nie było i nagle jest. I jeszcze nie jestem oswojona z tą myślą, że pojawiło się nowe pokolenie, bo to nadal wydaje mi się takie niewyobrażalne. Jeszcze trochę minie czasu, zanim poznam bratanka osobiście, bo mieszka dość daleko stąd. Wypadnie to zapewne na weekend majowy. Ale już się nie mogę doczekać!!! :D
Na razie oglądam ciągle jego zdjęcia i trochę mi się płakać chce ze wzruszenia...
Bardzo gratuluję nowo upieczonym rodzicom, że tacy dzielni byli i są!! I dalej trzymam kciuki!
Kwiatek dla Kingi.

Baranek przed nią nie bieży, jakoś nie chce...
Link 19.03.2012 :: 19:46 Komentuj (7)Idzie wiosna! Właściwie to już nadeszła. Pół soboty przesiedziałam na dworze, ucząc się hebrajskiego i było mi ciepło i miło.
Wymarzył mi się nowy stary rower. Ten, co dawniej był moim wehikułem, jest nadal, ale już w nie najlepszej formie. Poza tym powinien zostać w domu, żebym miała czym tam jeździć. A do Warszawy potrzebny mi drugi i jednak nie taki, co się rozpada w trakcie jazdy... Więc jeśli ktoś ma do sprzedania, to możemy porozmawiać :)
A jak już będę mieć rower, to nastanie prawdziwa wiosna!
A wiosnę czują już też owce, które przez zimę trochę zapomniały, co to jest łąka. Otworzyliśmy im drzwi, żeby sobie wyszły i pochodziły luzem, ale one nie za bardzo pamiętały, jak się obsługuje wolność. Zamiast z niej skorzystać, stały w drzwiach jak kołki i tylko patrzyły i patrzyły, albo uciekały do swojej zagrody. A jak już się zdecydowały ruszyć, to pobiegły prosto do drugiego pomieszczenia obory po siano... No cóż, podejrzewam, że jednak szybko sobie przypomną, że na dworze jest fajnie :) A niedługo czeka nas strzyżenie... Jest co strzyc, oj jest.
Bardzo owcami zainteresował się Tofek. Nie dziwię się, fajne są!




