photo 1-1.jpg

Paryż - historia od końca

Link 19.03.2017 :: 22:09 Komentuj (0)

Ostatni tydzień spędziłam w Paryżu, jednak opowieść zacznę od końca. Dzisiaj będzie historia mojego powrotu z Paryża, taka typowa historia Heleny.

Mam wracać w niedzielę, ale AirFrance ogłasza strajk. Z grupy 30 osób z konferencji tylko mój lot jest odwołany. Dzwonię do AirFrance, oferują mi połączenie przez Frankfurt. Biorę. Jadę na lotnisko, idę nadać bagaż. Jest 14:55. Pan wynajduje mi wcześniejszy bezpośredni lot o 16:00 i z innego terminala, ale będzie mógł potwierdzić dopiero za 20 min. Biorę. O 15:15 potwierdza. Autobusem docieram na inny terminal. Biegnę z walizką przez całą jego długość i napotykam kolejkę. 15:35 bagaż nadany. Mam iść do gate F30. Każą mi się spieszyć. Biegnę jak sprinter, omijam podróżnych slalomem, skaczę jak sarna nad ich bagażami, aż sama podziwiam swoją zwinność. I nagle podczas dalekiego skoku ląduję w objęciach 2 żołnierzy z karabinami i ochroniarza. Nie chcą mnie puścić dalej, a odlot jest za 25 min. Jeszcze kontrola osobista przede mną. Tłumaczenia nie pomagają, bo część lotniska jest właśnie ewakuowana... Bezpańska walizka, trzeba rozbrajać. Każą mi biec na zewnątrz terminala do innego wejścia. Wpadam drugim wejściem, pytam którędy do gate'ów. W prawo. Biegnę przez pół terminala, tam mi mówią że w przeciwnym kierunku. Biegnę z powrotem. Tam mi mówią, że w prawo. Puszczają mi nerwy i sypię obsłudze "kurwami" i "fuckami". Biegnę. Znowu odbijam się od wojska. Zostało 20 min do odlotu. Każą czekać. Po 10 min mówią, że jeśli miałam już check-in to w sumie mogę iść tędy i tędy. Wpadam na kontrolę osobistą. Akurat właśnie mi muszą sprawdzić dłonie i brzuch (!!) czy nie ma śladów materiałów zakazanych. Zdyszana i zlana potem, padając z nóg docieram do gate'u F30 o 16:02. Samolot jeszcze stoi. Obsługa wita mnie z uśmiechem i pociesza. Wszyscy pasażerowie już siedzą. 10 min później samolot odrywa się od płyty lotniska, a ja z ulgą myślę, że ta bezpańska walizka już mnie nie dotyczy... Jest 22:00, siedzę w kuchni, już po kąpieli. Ale jeszcze ciągle ciężko dyszę z emocji... Mój magnes na przygody znów się uaktywnił. W sumie to go lubię. :)



Gdzieś

Link 27.02.2017 :: 22:46 Komentuj (0)

Dzisiaj w nocy mija miesiąc od kiedy nie ma Dziadka. Nie bardzo przechodzą mi przez gardło słowa typu "umarł", "nie żyje", bo jakoś mam poczucie, że wcale nie umarł i że żyje. Tylko jakoś inaczej, jakoś lżej, jakoś w trochę innym miejscu czy wymiarze, ale często tu zagląda. Wydaje mi się, że trochę podsłuchuje i podpatruje, co my tutaj robimy. Wiem, z czego się cieszy i czym się martwi. A jak przypominają mi się jakieś niezręczne sytuacje czy sprzeczki z Dziadkiem w jakiejś roli, to czuję się skrępowana, gdy o nich mówię, bo głupio tak obgadywać kogoś, szczególnie jak to słyszy...

Nie będę opowiadać, kim był, co osiągnął, co przeszedł. Pokażę tylko kilka zdjęć o nim i kilka zdjęć dla niego. Bo lubił mój blog i z zainteresowaniem zawsze czytał. Może i ten przeczyta.


Dziadek, Kraków, 1927. Skan z cudem ocalałych szklanych klisz odzyskanych po wojnie.




Od lewej: prababcia, pradziadek, malutki Dziadek, pani po prawej nieznana. Kraków, ok. 1929. Skan ze szklanej kliszy.




Dziadek, kolejny skan ze szklanej kliszy, Kraków, Planty ok. 1929.





Dla Dziadka.
Płatki śniegu, które sfotografowałam parę dni potem. Tak perfekcyjne, a jednocześnie tak ulotne...



















Hellmanns – królowa śniegu

Link 09.01.2017 :: 17:12 Komentuj (2)

Ponieważ postanowiłam zmienić swoje życie na lepsze, w pierwszej kolejności zdecydowałam się odstrzelić facebooka. Może nie całkiem, ale ograniczyć jego używanie w znacznym stopniu. Zeszyt do hebrajskiego leży, kupka książek do przeczytania rośnie, a moja koncentracja się pogarsza przez tysiące postów, na które tracę czas, a o których pół dnia później nie pamiętam. Ale przy okazji nie pamiętam też o ważnych sprawach, które z tymi mniej ważnymi się mieszają. A ponieważ moja potrzeba opowiadania historii nie zniknęła, to skutek uboczny jest taki, że znowu zachciało mi się pisać blog i dzielić się zdjęciami właśnie tutaj.

Może niedługo nadrobię wpis o wakacjach na Fuerteventurze, bo zdjęć i wrażeń nazbierało się sporo, jednak dzisiaj będzie na tematy aktualne, czyli smog i zima.

No więc smog jest taki, że widać go gołym okiem. Z okna naszego biura Warszawa wygląda jak zatopiona w brudnej mgle. Postanowiliśmy sprawdzić, jak naprawdę brudna jest ta mgła. Domowymi metodami przeprowadziliśmy eksperyment. Potrzebne są 3 rzeczy: odkurzacz, płatek kosmetyczny i taśma lub gumka recepturka do zamocowania wacika na końcu rury odkurzacza. Rurę wystawiliśmy za okno na 15 minut. Efekt badania – u nas wypadło to przerażająco. I co ciekawe, wacik pachnie węglem!




Pomimo tego, że zaleca się nie wychodzić z domu, to jednak pogoda wczoraj była tak piękna, że pojechaliśmy nad Wisłę na północ od Warszawy.
Kra prawie przykrywa Wisłę, może gdyby mróz się utrzymał przez parę tygodni, można byłoby przejść suchą nogą na drugi brzeg? Ale i tu humor psuje smog, który po prostu widać.




Zamiast więc wpatrywać się w szare powietrze, zniżyłam wzrok i weszłam w rolę królowej śniegu ;) Cały brzeg pokryty był fantastycznymi lodowymi formami, przypominającymi małe paprotki, jednak przy znacznym zbliżeniu odsłoniły niesamowitą, wręcz perfekcyjną geometrię. Od niedawna posiadam obiektyw macro do iPhona. I to właśnie dzięki niemu zabiorę Was w podróż do krainy lodu :)

 photo lodowe2_zps8umiyjrr.jpg



















Nie można jednak w tej krainie pozostać, bo się zmarznie. I nie można cały czas patrzyć w ziemię. Więc na koniec rzut okiem na niebo i łabędzi klucz.




Cadyk może wszystko

Link 27.09.2016 :: 23:44 Komentuj (3)

W poniedziałek pojechaliśmy do Nowego Sącza na prośbę potomka w pierwszej linii rabina Chaima Halberstama, cadyka. Podróż tam i z powrotem trwała 10 godzin, przejechaliśmy 800 km.




Śladu po mezuzie nie znaleźliśmy, ale odwiedziliśmy ohel cadyka. Chcieliśmy zostawić kartki z prośbami, czyli kwitełe, ale nie mieliśmy przy sobie żadnych kartek. Spojrzałam na ławkę stojącą pod ścianą. A na niej leżały dokładnie 2 czyste kartki i długopis... Prośby poszły do cadyka :)






Nieszczęścia chodzą parami, ale cuda dziesiątkami.

Link 27.09.2016 :: 23:39 Komentuj (1)

To były najładniejsze i najciekawsze dni tego września. Właściwie tak nasycone niezwykłymi historiami i nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności, że zaraz będzie że wymyślam... Ale nic z tego zmyślone nie jest.

W sobotę przyjechałam do Płocka na zaproszenie warszawskiego Muzeum Etnograficznego, które zorganizowało wielokulturowe spotkanie. Przyjechali na nie potomkowie Żydów z pobliskiego Gąbina, do którego pojechaliśmy w niedzielę. Moim zadaniem było opowiedzenie o naszym projekcie "Mezuza z tego domu". Cykl wykładów odbywał się w Muzeum Żydów Mazowieckich w budynku dawnej synagogi.

Muzeum czasowo gości wystawę o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jedna z uczestniczek spotkania nagle rozpoznała na zdjęciu swojego wujka, ukrywanego w okolicach Gąbina... Czarno-białe zdjęcie, on w kryjówce, wychyla się i macha do obiektywu.

Po mojej prezentacji odbył się premierowy pokaz filmu–modelu 3D nieistniejącej już drewnianej synagogi z Gąbina. Na podstawie zdjęć Wojciech Wasilewski odtworzył całą synagogę, włącznie z najmniejszymi detalami. Kamera poruszała się po wnętrzu, między ławkami, wokół bimy i przy aron hakodesz. Przeplatane przedwojennymi zdjęciami i filmami, było bardzo poruszające. Mnie to rozłożyło na łopatki. Ale to, co po tym pokazie działo się z potomkami tych, którzy do tej synagogi przychodzili... Były łzy, było szczęście pomieszane z bólem, wzruszenie i słowa "Umożliwiliście nam wejście do synagogi, do której nam nie było dane wejść." Oni w tym czasie byli dziećmi, albo ich jeszcze nie było. Niektórzy urodzili się już za granicą. Tak było na przykład z Bernim. Urodził się w Urugwaju. Przed wojną jego ojciec pojechał tam do pracy i do rodziny. Żona i syn zostali w Gąbinie. Tak się stało, że w wieku 8 lat chłopiec zmarł. Jego matka zadecydowała, że dołączy do męża, bo nic jej już tutaj nie trzymało. Krótko przed wybuchem wojny opuściła Polskę. A potem urodził się Berni. I gdyby nie śmierć jego brata, ich ojciec powróciłby do rodziny i zapewne wszyscy nie przeżyliby wojny...
Pod koniec lat 90. Berni po raz pierwszy przyjechał do Gąbina. Było to akurat krótko po remoncie chodnika, zbudowanego, jak się okazało, z macew. Macewy zostały przeniesione na cmentarz żydowski. I wśród nich znalazła się macewa 8-letniego brata Berniego...




Wśród uczestników programu, potomków mieszkańców Gąbina, była pani, której dziadek miał kino. Budynek stoi nadal. Dzisiejszy właściciel nas nie wpuścił.




I pani, której babci przyśnił się w 1939 roku wujek mówiący, że mają uciekać z Polski. Następnego dnia uciekli. Przez całą Rosję. Uciekali, nie wiedząc przed czym. A potem wybuchła wojna. Cała rodzina przeżyła.

A na koniec, jakby tych historii było mało, taka:
Podeszła do nas pani z Gąbina, tutejsza. Z reklamówką pełną starych żydowskich modlitewników, znalezionych gdzieś w domu, w którym mieszka. Powiedziała, że do muzeum żadnego nie chce oddać, że przekaże to wyłącznie potomkom, spadkobiercom. Oglądaliśmy te książki, ale najbardziej wzruszające były rysunki na pierwszych stronach jednej z nich i ćwiczenie liter hebrajskich, zdecydowanie rysowane dziecięcą ręką. Ktoś zaczął odczytywać słowa zapisane bukwami. Lab Rań. Nagle poruszenie! LAJB RAJN! Przecież to rodzina pana z naszej grupy! Nie mógł dojść do siebie. Pani z radością oddała mu modlitewnik. Nie wiem, czy to był dziadek, czy brat dziadka. Nie wiem, czy ten chłopiec przeżył wojnę. Jestem natomiast pewna, że to będzie dla tego pana jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie posiada.







Bardzo piękne to były dni.




A ja w tych wszystkich dziwnych okolicznościach staram się nie zwariować i być jako tako...





MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Poprzednie

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl