photo 1-1.jpg

Cadyk może wszystko

Link 27.09.2016 :: 23:44 Komentuj (3)

W poniedziałek pojechaliśmy do Nowego Sącza na prośbę potomka w pierwszej linii rabina Chaima Halberstama, cadyka. Podróż tam i z powrotem trwała 10 godzin, przejechaliśmy 800 km.




Śladu po mezuzie nie znaleźliśmy, ale odwiedziliśmy ohel cadyka. Chcieliśmy zostawić kartki z prośbami, czyli kwitełe, ale nie mieliśmy przy sobie żadnych kartek. Spojrzałam na ławkę stojącą pod ścianą. A na niej leżały dokładnie 2 czyste kartki i długopis... Prośby poszły do cadyka :)






Nieszczęścia chodzą parami, ale cuda dziesiątkami.

Link 27.09.2016 :: 23:39 Komentuj (0)

To były najładniejsze i najciekawsze dni tego września. Właściwie tak nasycone niezwykłymi historiami i nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności, że zaraz będzie że wymyślam... Ale nic z tego zmyślone nie jest.

W sobotę przyjechałam do Płocka na zaproszenie warszawskiego Muzeum Etnograficznego, które zorganizowało wielokulturowe spotkanie. Przyjechali na nie potomkowie Żydów z pobliskiego Gąbina, do którego pojechaliśmy w niedzielę. Moim zadaniem było opowiedzenie o naszym projekcie "Mezuza z tego domu". Cykl wykładów odbywał się w Muzeum Żydów Mazowieckich w budynku dawnej synagogi.

Muzeum czasowo gości wystawę o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jedna z uczestniczek spotkania nagle rozpoznała na zdjęciu swojego wujka, ukrywanego w okolicach Gąbina... Czarno-białe zdjęcie, on w kryjówce, wychyla się i macha do obiektywu.

Po mojej prezentacji odbył się premierowy pokaz filmu–modelu 3D nieistniejącej już drewnianej synagogi z Gąbina. Na podstawie zdjęć Wojciech Wasilewski odtworzył całą synagogę, włącznie z najmniejszymi detalami. Kamera poruszała się po wnętrzu, między ławkami, wokół bimy i przy aron hakodesz. Przeplatane przedwojennymi zdjęciami i filmami, było bardzo poruszające. Mnie to rozłożyło na łopatki. Ale to, co po tym pokazie działo się z potomkami tych, którzy do tej synagogi przychodzili... Były łzy, było szczęście pomieszane z bólem, wzruszenie i słowa "Umożliwiliście nam wejście do synagogi, do której nam nie było dane wejść." Oni w tym czasie byli dziećmi, albo ich jeszcze nie było. Niektórzy urodzili się już za granicą. Tak było na przykład z Bernim. Urodził się w Urugwaju. Przed wojną jego ojciec pojechał tam do pracy i do rodziny. Żona i syn zostali w Gąbinie. Tak się stało, że w wieku 8 lat chłopiec zmarł. Jego matka zadecydowała, że dołączy do męża, bo nic jej już tutaj nie trzymało. Krótko przed wybuchem wojny opuściła Polskę. A potem urodził się Berni. I gdyby nie śmierć jego brata, ich ojciec powróciłby do rodziny i zapewne wszyscy nie przeżyliby wojny...
Pod koniec lat 90. Berni po raz pierwszy przyjechał do Gąbina. Było to akurat krótko po remoncie chodnika, zbudowanego, jak się okazało, z macew. Macewy zostały przeniesione na cmentarz żydowski. I wśród nich znalazła się macewa 8-letniego brata Berniego...




Wśród uczestników programu, potomków mieszkańców Gąbina, była pani, której dziadek miał kino. Budynek stoi nadal. Dzisiejszy właściciel nas nie wpuścił.




I pani, której babci przyśnił się w 1939 roku wujek mówiący, że mają uciekać z Polski. Następnego dnia uciekli. Przez całą Rosję. Uciekali, nie wiedząc przed czym. A potem wybuchła wojna. Cała rodzina przeżyła.

A na koniec, jakby tych historii było mało, taka:
Podeszła do nas pani z Gąbina, tutejsza. Z reklamówką pełną starych żydowskich modlitewników, znalezionych gdzieś w domu, w którym mieszka. Powiedziała, że do muzeum żadnego nie chce oddać, że przekaże to wyłącznie potomkom, spadkobiercom. Oglądaliśmy te książki, ale najbardziej wzruszające były rysunki na pierwszych stronach jednej z nich i ćwiczenie liter hebrajskich, zdecydowanie rysowane dziecięcą ręką. Ktoś zaczął odczytywać słowa zapisane bukwami. Lab Rań. Nagle poruszenie! LAJB RAJN! Przecież to rodzina pana z naszej grupy! Nie mógł dojść do siebie. Pani z radością oddała mu modlitewnik. Nie wiem, czy to był dziadek, czy brat dziadka. Nie wiem, czy ten chłopiec przeżył wojnę. Jestem natomiast pewna, że to będzie dla tego pana jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie posiada.







Bardzo piękne to były dni.




A ja w tych wszystkich dziwnych okolicznościach staram się nie zwariować i być jako tako...




4 mało realne dni

Link 10.02.2016 :: 23:31 Komentuj (5)

Ostatnio dużo się działo. Od połowy stycznia do końca lutego w Żydowskim Instytucie Historycznym można oglądać naszą wystawę "Mezuza z tego domu". O naszym projekcie, polegającym na odszukiwaniu śladów po mezuzach i odlewaniu ich w brązie już kiedyś pisałam przy okazji wizyty w Dynowie i Szczebrzeszynie. Tych z Was, którzy sprawy nie znają, przekierowuję tutaj.

Od bardzo niedawna mamy też swoje pierwsze własne biuro! Wychodzimy do pracy, a dom stał się domem. Wkrótce, gdy tylko skończymy je urządzać, podzielę się z Wami szczegółami i zdjęciami. W każdym razie widok z okna mamy nieziemski!

No i po tych wszystkich wydarzeniach, przygotowaniach i przeprowadzkach potrzebowałam kilku dni przerwy. Marzyłam, żeby się całkiem odciąć od świata. Zwolnić na chwilę i przede wszystkim odciąć się od śmietnika facebookowego. Trochę za często zaczęłam sprawdzać facebooka, stąd postanowienie, że podczas tych kilku dni nie zajrzę tam ani razu. I się udało. I było to tak wspaniałe doświadczenie, że chyba na stałe ograniczę tam swoje odwiedziny. Nagle wyszło, że można dużo bardziej się skupiać na bieżących wydarzeniach, bardziej się nimi cieszyć i myśleć o nich jako o chwilach dla mnie, a nie dla wszystkich innych, którym się wyświetla to co opublikuję... Głupie, proste, ale jednocześnie jakie odkrywcze!

I tak pojechałyśmy z Elą w Gorce.



W Gorcach nigdy wcześniej nie byłam. Miałyśmy wejść na Turbacz i tam w schronisku zostać 2-3 noce, odpocząć, wyciszyć się. Szybko jednak okazało się, że z tym odpoczynkiem to trochę nie wcelowałyśmy... Zamiast spodziewanych 2 godzin trasy z plecakami powitał nas szlak na 3,5 godziny marszu w śniegu, miejscami po lodzie, gdzie sobie nieco tyłki obiłyśmy. Ale widoki i utęskniony śnieg wynagradzał te cierpienia.






Idąc, spotkałyśmy 2 osoby schodzące na dół. Przed nami musiały iść tylko 3 osoby, bo tylko tyle śladów na śniegu wypatrzyłyśmy. Po drodze przypomniała mi się historia mojej babci, która w 1946 roku była z drużyną harcerską na Turbaczu i błądząc nocą co chwila natykały się na obozowiska i ogniska partyzantów. Stąd dzisiaj szlak na Turbacz nazywa się szlakiem partyzanckim. W końcu popołudniem dotarłyśmy do schroniska. Był czwartek, tych śladów mało, spodziewałyśmy się raczej pustki. I szłyśmy tam, żeby się wyciszyć. Otwieramy drzwi do schroniska, wchodzimy do sali głównej, a tam... 50 żołnierzy! 50 par oczu nagle się na nas skierowało, podniosła się wrzawa i przekrzykiwanie "zapraszamy do stolika!". Szybko się rozejrzałyśmy, nikogo poza nami, nimi i obsługą schroniska nie było... Na Eli pytanie "Co tu się dzieje?" jak bumerang wróciło do mnie "partyzanci!". Takie międzypokoleniowe deja vu. Panowie żołnierze okazali się jednak jednostką specjalną Nil, która przybyła tam na ćwiczenia. Długie marsze po śniegu w górach, spanie na dworze i tego typu rozrywki. Ale rozrywką chyba było dla nich też spotkanie z nami, bo zaraz zaczęli się przysiadać i zagadywać. Wszyscy zgodnie twierdzili, że ich jednostka jest po to, żeby chronić nas dwóch. Więc z odpoczynku i wyciszenia były nici. Cała sytuacja była kompletnie absurdalna i od czapy, ale było śmiesznie bardzo i sympatycznie. Było też ognisko. O 5 rano panowie żołnierze ruszyli w dalszą trasę, zostawiając za sobą tylko wydeptaną ścieżkę.

My z Elą, już na spokojnie, mogłyśmy sobie spacerować, grać w tysiąca i rysować.










Śnieg był tak puchaty, że nie mogłam sobie odpuścić. Musiałam sprawdzić...




Przenocowałyśmy na Turbaczu jeszcze jedną noc i ruszyłyśmy do schroniska na Maciejowej. Pogoda zmieniała się tak gwałtownie, że w ciągu kilku minut z całkowitego zamglenia widoczność poprawiała się całkowicie. Albo byliśmy w chmurze... Tu widać, jak chmura ucieka.




I nagle pojawiły się Tatry!






No to siup. Plecaki na plecy, aparat na ramię i w trasę. Kolejne 3 godziny.






Schornisko na Maciejowej okazało się cudownie małe, kameralne i podobne do Otrytu.




Pierwsze, co zrobiłam, jak tylko chwilę odpoczęłam i zjadłam, to poleciałam na dwór rysować. Śpieszyłam się, żeby zdążyć przed zachodem słońca. W trudnych warunkach, bo przy zimnym wietrze i bez rękawiczek, powstały dwa rysunki.






Zachód słońca był jednym z najładniejszych, jakie widziałam.








W schronisku poznałyśmy kilka fajnych osób. Dołączyłyśmy się do gry w Makao do grupy kilku brodaczy i jednej dziewczyny, którzy na początku wyglądali troszkę groźnie, ale szybko okazali się swoi. Była kupa śmiechu, przepyszna pomarańczowo-kawowa nalewka, makao i gra w Dobble, a na koniec... lekcja rysunku! W rozmowie wyszło, że od czasu do czasu rysuję. Pokazałam szkicownik, pokazałam flamastry, i nagle się okazało, że wszyscy są chętni do rysowania. Dałam zadanie, by się nawzajem sportretowali i wszyscy mieli z tego dużo uciechy.
Zabawiał nas też kot Bigos.



Noc była raczej ciężka, bo pewien pan zaczął grać na gitarze o godz. 23:00 i jakoś do drugiej w nocy wyśpiewywał bardzo ładnie np. "Gitarą i piórem". Ale jednak to było już dość późno, a nasza sala była dokładnie nad salą kominkową, więc czułam się tak, jakby leżał obok i przygrywał. Ale to wcale nie było takie złe. Bo złe było dopiero, jak skończył grać i poszedł spać, jak się okazało w naszej sali. I do rana chrapał tak, że około 5 poszłam szukać miejsca do spania na ławce w sali kominkowej. Jednak zastałam tam już jedną osobę wypędzoną tym chrapaniem... Zdecydowałam się więc pana obudzić i zakazać chrapania, bo to jednak nie ja powinnam się męczyć na jakiejś ławce. Na jakiś czas pomogło. Potem znowu chrapał, potem ktoś czymś w niego rzucał i tak zeszło do rana...

Rano ruszyłyśmy w drogę powrotną. Na dół do Rabki, z Rabki do Krakowa, z Krakowa do Warszawy. Jeszcze zanim doszłyśmy do Rabki, to ten śnieżny sen prysnął. I razem z tym wspomnieniem o śnieżnej wyspie, po której już śladu nie było, z tymi żołnierzami, z tymi brodaczami grającymi w makao, z tym odpoczynkiem i brakiem facebooka, to wszystko wydawało się, jak sen. I tylko ten ból mięśni, który przez kilka dni potem sprawiał, że chodziłam jakbym zamiast nóg miała drewniane kołki, dowodził, że jednak to wszystko było.




To były tylko 4 niepełne dni, ale kompletnie dodały mi energii i pozwoliły się zrelaksować. Takie mam dwie rady: zróbcie sobie czasem wolne i wyłączcie internet.


Zimowo-samochodowo

Link 19.01.2016 :: 23:43 Komentuj (2)

Nadeszła zima. Dawno jej nie było. Póki jest, staramy się nią cieszyć.


























Spacer był bardzo przyjemny, poza momentem, kiedy wjechaliśmy autem na kamień ukryty pod śniegiem i trochę nie było wiadomo, czy coś się nie stało. Zaraz zjawił się pan, który zaoferował wyciąganie nas ciągnikiem, czego nie potrzebowaliśmy, ale pan zdążył nas jeszcze poinformować, że "to nie jest tania sprawa...". Potem, jak już wyjechaliśmy ze śniegu, jego nie całkiem trzeźwy koleżka usiłował się nam wpakować do auta, żeby go podwieźć do sklepu, bo piechotą mu się nie chciało przejść 500m, bo ślisko...

Ostatnio przygód samochodowych mam na pęczki. Była na przykład taka przygoda pod koniec grudnia, gdy jechałam z Dawidem do Szymka. Było już ciemno, jechałam jakieś 60-70 km/h i nagle huk straszny. Czuję, że coś jest nie tak. Wyskakujemy z auta, a tam flak. Wjechałam w dziurę, której nawet nie zauważyłam. A tu pusto, głucho, ciemno i potwornie zimno. Wyjmujemy koło zapasowe, zmieniamy. Trochę się z tym namęczyliśmy, ale w końcu się udało. Zadowoleni z siebie i strasznie zmarznięci wsiedliśmy do auta. A tu niespodzianka. Akumulator się rozładował... Pomimo tego, że auto stało tylko na światłach awaryjnych. Próbowaliśmy pchać, ale nie udało się odpalić. Zdecydowaliśmy się zadzwonić do Szymka, żeby przyjechał z kablami i w momencie, gdy wybierałam numer, rozładował się nam jedyny telefon... Trochę nam się głupio i nieswojo zrobiło. W końcu nadjechało jakieś auto, które zatrzymaliśmy i poprosiliśmy pasażerów, by pomogli nam pchać. I się udało!

Kolejnym razem, też na awaryjnych, rozładował się nam samochód w Warszawie. Też w środku nocy. I Alan bardzo sprytnie wymyślił, żeby zadzwonić do taxówki, czy ma kable. Okazało się, że firmy taxówkowe mają w ogóle taką usługę w swojej ofercie! Za 25zł przyjechał pan i odpalił auto.

Po tym wszystkim kupujemy nowy akumulator, bo ostatnio zgasło nam auto w czasie jazdy...........


Tel Aviv – jest, a jakby go nie było

Link 04.11.2015 :: 20:51 Komentuj (2)

Od kilku dni jesteśmy w Tel Avivie. W sobotę byliśmy na świetnym Halloween u Orena, mojego kolegi z roku z Bezalelu. Bardzo byłam zaskoczona, bo spotkałam tam prawie połowę naszego roku, w dodatku wszystkich tych, z którymi się dawniej trzymałam! Wiecie jaka to radość spotkać takich i tylu znajomych po, uwaga – 6 latach?! I pomimo upływu czasu właściwie nic się nie zmieniło. Wszyscy są tacy sami jak byli. Niektórym co najwyżej urosła broda, brzuch, jeszcze innym przybyło dzieci. Ale rozumieliśmy się dokładnie tak samo jak dawniej. Przypominaliśmy sobie swoje żarty z tamtych czasów, najśmieszniejsze sytuacje. Poczułam się tam bardzo szczęśliwa i dało mi to też posmak czegoś, czego bezskutecznie szukam w Jerozolimie. Miałam wrażenie, że te lata nie upłynęły i jesteśmy na bezalelowym wyjeździe. I dało mi też pewien spokój, którego tak do końca od czasu wyjazdu po wymianie nie miałam. Bo wiem, że może być prawie tak samo, bez cofania czasu i w innym miejscu.

Od lewej: Adam, Alan, Orr, Oren, Vadim, Ron, David, Katia dziewczyna Davida i Elad.




Początkowo pod względem pogodowym w Tel Avivie było bardzo pięknie, ciepło, a czasem nawet za ciepło.




Na tyle, że musieliśmy kupić coś na głowę. Ja się nawet kąpałam i było przecudownie!




Alan radził sobie ze słońcem jak mógł. :)




Drugiego dnia pogoda zaczęła się robić dziwna. Taka jakaś mętna. Nie wiedziałam, co to zapowiada. W dodatku niepokój wzbudzały helikoptery co i rusz lecące na południe, co od razu przywodzi na myśl, że może coś się dzieje w Gazie. Na szczęście chyba jednak nie.




No i dzisiaj się okazało, co ta pogoda zapowiadała...






To pustynny pył przyniesiony przez wiatr z Arabii Saudyjskiej. Oprócz tego, że mało widać, kiepsko się też oddycha. Niektórzy chodzą po ulicach w maskach.
Poszliśmy nad morze zobaczyć co i jak, i tak to wygląda.








Weszliśmy też na usypane z głazów molo, na które co prawda nie można wchodzić, ale aż żal było nie... Spotkaliśmy tam 2 panów Azjatów, którzy coś łowili. Na kawałki mięsa na sznurku i podbierak. Nie znam się specjalnie na łowieniu, ale na łapanie ryb to nie wyglądało.




No i rzeczywiście...
Nie miałam pojęcia, że tu są kraby. Nigdy żadnego w Izraelu nie widziałam. Szkoda, że zobaczyłam akurat w takich okolicznościach... Nie za bardzo mogliśmy się z panami porozumieć, ale pokazali na nas palcem i powiedzieli w końcu po hebrajsku "ochel?", czyli jedzenie. Krótko mówiąc, chcieli nam opylić te kraby...




Z powodu pogody odwołane zostały wszystkie loty krajowe. Zagraniczne latały, choć się dziwię.




Po całym takim dniu wszystko jest pokryte całkiem grubą warstwą pyłu o piaskowym kolorze. Włącznie z nami. My wzięliśmy prysznic, Tel Aviv ma brać prysznic przez cały jutrzejszy dzień.




Na koniec chcę się pochwalić, że jeszcze nie zapomniałam tak całkiem hebrajskiego. Zostałam poddana 2 całkiem trudnym próbom i wyszło nieźle. Pierwsza próba to zrozumienie menu w restauracji, gdzie azjatyckie dania typu Miso, Tom Kha i inne były zapisane fonetycznie hebrajskimi literami... To było dość podstępne. Druga próba była jednak dużo poważniejsza. Byliśmy wczoraj na rozmowie w sprawach zawodowych z 2 paniami, z których jedna mówiła po angielsku tylko trochę, a druga w ogóle. Więc cała 4-godzinna rozmowa musiała się odbyć prawie wyłącznie po hebrajsku. Bardzo jestem z siebie dumna. Mam nadzieję, że Wy ze mnie też!



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

Poprzednie

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl