photo 1-1.jpg

Sylwester z przygodami

Link 01.01.2010 :: 12:43 Komentuj (6)

Udanego kolejnego roku! Żeby każdy czuł się dobrze w swoim miejscu i nie miał rozdwojenia jaźni, wiedział czego chce i szedł do przodu.

To mój drugi Sylwester w Jerozolimie. Poprzedni był u Szukiego, teraz w centrum miasta. I z przygodami... (które tym razem nie ja wywołałam).

część 1 (w towarzystwie Amitaia i Rafaela)

Spotkałam się wieczorem z Amitajem, który parę dni temu wrócił z wymiany studenckiej z Baltimore w USA. Poszliśmy do Blue Hole i miał do nas dołączyć Rafael. I nie dołączył. Po półtorej godziny udało nam się z nim skontaktować. Problemy. Trzeba iść do sklepiku niedaleko Blue Hole. A tam trzęsący się jak galareta Rafael, krzyczący na niego sprzedawca i dwaj policjanci.
Co się stało:
Rafael, idąc do nas, wstąpił do sklepiku z pamiątkami i gadżetami kupić nam po małym prezencie noworocznym. Gdy poszedł zapłacić za 2 breloczki, sprzedawca go zapytał:
- Czy chcesz kupić może coś jeszcze?
- Nie.
- Jesteś tego pewien?
- Tak, nic więcej nie chcę.
- Pokaż kieszenie.
- Co?! Nie.
No i się zaczęło. Że coś niby ukradł, że złodziej, że kłamca, że dzwonią po policję. Ja na miejscu Rafaela bym pokazała kieszenie, że nic nie mam i byłoby po sprawie, ale on się uniósł honorem i tym, że oni nie mają prawa żądać od niego takich rzeczy. Więc policja przyjechała, przetrzepała go równo i w kieszeniach nic nie znalazła. Ale sprzedawcy to nie wystarczyło i była awantura i spisywanie. Wtedy my przyszliśmy, policja puściła Rafaela mówiąc mu, żeby się nie przejmował. Ale sprzedawca zaczął się na niego wydzierać, że jest kłamcą, że kłamie przy przyjaciołach, że nie umie nam powiedzieć prawdy w twarz itd. Jakiś absurd... Rafael zadzwonił do swojego prawnika i ten poradził mu, żeby złożyć skargę na policji. Za przetrzymanie go prawie godzinę w sklepie (bo zanim przyjechała policja, nie chcieli go wypuścić), za wyzywanie. Policjanci wytłumaczyli gdzie i jak złożyć taką skargę. Zanim poszliśmy na komisariat zostałam wyznaczona do sfotografowania tego sklepu telefonem. Musiałam się czaić i kombinować. Potem poszliśmy na komisariat. Pierwszy raz w życiu byłam na policji w Izraelu. I gdy tam byliśmy, minęła północ. Wyszliśmy stamtąd o 00:04... Więc jeśli wierzyć temu, co moja mama mówi, że jak się spędza Sylwestra, tak się spędzi cały rok, to wynika z tego chyba, że cały rok przesiedzę w Izraelskim pierdlu. A przynajmniej Rafael, bo ja byłam raczej jako osoba towarzysząca. Zobaczymy, jeszcze 2 i pół tygodnia tutaj jestem, jeszcze wszystko się może zdarzyć ;)

część 2 (z Harrym, Tarkiem i jeszcze jakimś Arabem Ala'ya)

Potem zadzwoniłam do Tarka i się z nim spotkałam. Był też Harry, strasznie śmieszny Amerykanin gej, z którym spędzałam też poprzedniego Sylwestra. Harry był na Boże Narodzenie w Polsce i spędzał Wigilię z Martą i jej rodziną. Więc wczoraj Harry ciągle sypał polskimi słowami. Jeszcze z tą swoją słodką miną. Pękałam ze śmiechu (on też), gdy mówił:
"O Boże, ale fajnie", "zapomniałem gdzie kupiłem piwo", "Pałac Kultury i Nauki", "Przekąski-Zakąski", "Jak dobrze", "Spoooooko", "Warszawa, jak pięknie!" :D
Jak on tak do mnie mówił, to powiedziałam mu, że gdyby nie był gejem, to bym wzięła z nim ślub, a on mi odpowiedział, że gdybym ja była facetem, to on też by wziął ze mną ślub ;)

Szliśmy sobie do klubu Bass i nagle słyszę nawoływanie "Polska grupa!". I to była Majania!!! I zaraz idę na kolację szabatową z nią i polskim Taglitem! :D


Na koniec sylwestrowej nocy zjadłam falafla (mam nadzieję, że to znaczy że cały rok będzie z falaflem) i znów spotkałam się z Amitaiem i Rafaelem, którzy są mało rozrywkowi i poszli do restauracji pić wino kosztujące jakieś ogromne pieniądze i nie chcieli mi powiedzieć ile. Ale było dobre, to fakt.

A dzisiejszy dzień zaczęłam wizytą w szpitalu Hadassa, bo się okazało, że Rafaelowi nie zrobiło za dobrze zmieszanie tego drogiego wina z jakimiś lekarstwami... Na szczęście już wszystko dobrze.
Ale same problemy z Rafaelem na ten Nowy Rok...

Szabat Szalom!


Chagall, Holon, żołnierz, choroba...

Link 07.01.2010 :: 11:04 Komentuj (7)

Przyjechała do mnie Marta, więc teraz się dużo dzieje. Przedwczoraj pojechałyśmy do szpitala Hadassa w En Kerem, żeby zobaczyć witraże Chagalla. Wybierałam się tam od roku, w końcu się udało. Strasznie mi się podobają kózki (chyba nie nowość...), które się ciągle tu przewijają. I tak wyraźnie widać styl Chagalla!




A wczoraj pojechałyśmy do Holonu, żeby zobaczyć wystawę efektów warsztatów studentów z mojego wydziału z Warszawy i studentów ze szkoły w Holonie. To był ostatni dzień tej wystawy i jak już tam dotarłyśmy, to się okazało, że wystawę zamknięto już tego dnia, a ostatnie eksponaty wyniesiono na kilka minut przed naszym przyjściem...
Ale na dowód, że pojechałyśmy, zdjęcie plakatu...




Na szczęście wystawa dotrze też do Polski, więc będzie jeszcze okazja ją zobaczyć.

Na dworcu w Tel Avivie takie coś spotkałyśmy. To była ruchoma zabawka, żołnierz który się czołgał i strzelał do ludzi. Trochę mnie to zszokowało biorąc pod uwagę miejsce, w którym jestem... Może bez tego kontekstu nie byłoby to aż takie... hmmm... wzbudzające niesmak?




A poza tym znowu jestem chora. 10 dni antybiotyku specjalnie nie pomogło. Tyle że głos wrócił. Ale to raczej wrócił od śmiania się z Turbo Folku... I nawet lekarstwo ostatniej szansy, od którego wzbraniałam się jak mogłam, czyli kieliszek wódki z wyciśniętym do środka czosnkiem, nie pomogło. Nie znoszę wódki, ale już nie miałam innego pomysłu co z tym zrobić, a Keren mówiła, żeby koniecznie spróbować, bo ją to wyleczyło. Mnie nie wyleczyło i w końcu idę do lekarza... A to kosztuje aż 400 szekli... Myślałam, że doczekam z tym do powrotu do Polski, ale jednak nie doczekam...
(na zdjęciu: Smirnoff, Helena, ogórki konserwowe, dziwny domek w naszym ogródku - to nie moje mieszkanie jak by co).




Biało-czerwono

Link 15.01.2010 :: 17:22 Komentuj (9)

Mój wyjazd dobiega końca i za parę dni moje nogi postaną na polskim śniegu...
To też ostatnie dni wizyty Marty. Z tej okazji zrobiłyśmy dla przyjaciół obiad. Polski. Polski nie przez tradycyjne potrawy, ale przez ich kolor... Bo wszystkie dania były biało-czerwone.




Była pieczona papryka i pieczony czosnek, koreczki z małych pomidorków i sera Feta, sałatka z kalafiora, rzodkiewek, pomidorów i majonezu, kulki ryżowe z cebulką, czosnkiem i bazylią otaczane częściowo w czerwonej mieszance przypraw, salsa pikantna, rzodkiewki do maczania w sosie jogurtowo-czosnkowym. Był też półmisek, na którego połowie kawałki kurczaka, a na drugiej połowie sos warzywny czerwony. Było też wino czerwone i białe. A na deser żelki czerwono-białe...
I jakoś tak wyszło, że prawie wszystko było z czosnkiem, więc dla nas od teraz nowym godłem Polski jest czosnek w koronie...

Było bardzo fajnie. Maciek zadziwiał się nad sobą samym na zdjęciu paszportowym:




Shay:




Tarek:




Szafa

Link 19.01.2010 :: 21:58 Komentuj (4)

Jestem w Polsce. Jest zimno. Ale jaki śnieg!!!
Podróż z Izraela była chyba moją najdłuższą w życiu, bo zajęła mi aż 17 godzin... No ale coś za coś. Tani bilet, to trzeba poczekać na Łotwie 8 godzin. Ale za to jakie niesamowite morskie stwory w łotewskiej części Bałtyku mi się przyśniły, gdy kimałam w poczekalni na lotnisku!

Ale pewnie kilka najbliższych wpisów będzie jeszcze o Izraelu. Bo w końcu moje życie troszkę zwolniło i mam czas na posiedzenie przy komputerze i nadrobienie zaległości.

Dzisiaj wpis o szafie.
Miejsce, w którym mieszkałam, było dość abstrakcyjne. Mieszkanie i ogródek. W ogródku ni stąd ni z owąd stała wielka stara szafa. Tak po prostu, na trawie. Zrobiłyśmy sobie tam z Martą sesję zdjęciową.










A następnego dnia szafa się rozleciała... Byłyśmy pewne, że to przez nas, ale okazało się, że nie. Bo przez Dinę, która wyjęła z szafy 2 półki...
Ten motyw też trzeba było wykorzystać do sesji. To dalszy ciąg z życia tej szafy.




I lustro z szafy się potłukło.






A gdy ta szafa się rozsypała, zza potłuczonego lustra wypadły dwie strony gazety. Były one przyklejone z tyłu do tego lustra. Przyjrzałam się gazecie i okazało się, że jest to HaArec z 25 listopada 1960 roku. Uważam to za nie byle jakie znalezisko. Przywiozłam do Polski... :)




sypie się dalej

Link 21.01.2010 :: 15:23 Komentuj (13)

Rozwalona szafa się chyba nie podobała czytelnikom, ale trudno. W tym wpisie też będzie o rozpadzie i o szafie...

Poszłam zrobić ostatnie zdjęcia do cyklu o spalonym domu, bo nic już prawie tam nie zostało, a tu się okazało, że to początek części drugiej. Dom ten był bliźniakiem i doszczętnie spaliła się jedna część. Druga była trochę uszkodzona, ale też zamknięta. I teraz okazało się, że ktoś się otworzył lub też włamał się i nie zamknął za sobą. I to było dopiero odkrycie...
Kuchnia.




I pokój.






Gdy pokazałam mamie te zdjęcia, nagle rozległ się jej okrzyk "Krzesło Gewisów!!!". Rodzina Gewisów mieszkała kiedyś w mojej miejscowości (było tu sporo Żydów dawnymi czasy), ale chyba w roku 1941 zostali wywiezieni. Część swych rzeczy wyprzedali ludziom, lub też zostały one rozkradzione. Moja mama kilka lat temu wyhaczyła 2 takie krzesła u jednych państwa i odkupiła je od nich. I teraz znalazło się trzecie... Tylko teraz powstał dylemat, czy można je sobie tak po prostu wziąć...






I szafa też niczego sobie...




Nawet z zawartością.




Kopyto do buta na jednej z półek.




No to coś mi się wydaje, że ten cykl zdjęć potrwa jeszcze parę lat, zanim się to wszystko rozłoży doszczętnie...


everything is illuminated...

Link 26.01.2010 :: 19:43 Komentuj (4)

...in the light of the past.




Ale zima! Codziennie u nas zamarza pompa i potem przez pół dnia nie ma wody... Ale na szczęście za każdym razem udaje się pompę rozmrozić przy użyciu piecyka gazowego lub suszarki...

Obejrzałam wczoraj film "Everything is illuminated" i na prawdę jestem pod jego wrażeniem. Dawno nie oglądałam tak świetnego filmu. Bardzo polecam.
A jako że jedną z głównych ról gra wokalista Gogol Bordello, dzisiaj cały dzień słucham jego muzyki.




niebiesko-czerwono-kwaśno

Link 30.01.2010 :: 14:14 Komentuj (3)

Zapowiadałam, że będę od czasu do czasu wracać na blogu do mojego ostatniego pobytu w Izraelu, a że teraz akurat nie mam innych tematów do poruszenia, to postanowiłam pokazać jeszcze kilka zdjęć z sesji z Martą. Na niebiesko-czerwono.






Z rośliną, którą Marta ma w zębach, czyli hamcucim, była krótka historyjka. Siedziałam sobie pewnego dnia z Maćkiem na dworze przed moim domem i jedliśmy obiad. I nagle ni stąd ni zowąd pojawił się chłopak, patrzący na trawę. Zauważył nas po chwili i bardzo się speszył i zaczerwienił. Powiedzieliśmy mu dzień dobry, a on zmieszany powiedział, że szuka takich roślin... I właśnie zerwał to co Marta ma w buzi. Powiedział, że mu to przypomina dzieciństwo bo on to zawsze jadł... Powiedziałam, że ja też chcę i zjadłam. I to było takie super! Kwaśne bardzo i chrupkie. A chłopak zmieszany zupełnie powiedział do widzenia i poszedł sobie. Potem parę innych osób mi powiedziało, że oni też to jedli w dzieciństwie. A Shay z kolegami robili zawody w zjedzenie jak największego pęczka tych hamcucim, po czym wszystkim wykręcało buzie prawie że na lewą stronę...
A tamten chłopak był tak zawstydzony, że go przyłapaliśmy na szukaniu kwaśnej roślinki w cudzym ogródku... :)




No i jeszcze my dwie.




A wszystkie ubrania, w których Marta pozowała, są moje. Bo Marta bardzo lubi się bawić moimi ubraniami :) Nawet chodziła w moich butach. W końcu ja zaczęłam też pożyczać od niej i przez parę dni chodziłam w jej spodniach. Nigdy wcześniej nie bawiłam się w zamienianie ubrań z koleżankami, ale to w sumie całkiem śmieszne jest, bo nagle, jak się widzi swoje ubrania na kimś innymi, to się zauważa, jakie głupkowate ciuchy się posiada ;)



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl