photo 1-1.jpg

Yerushalaim

Link 03.10.2008 :: 00:09 Komentuj (5)

Jestem już w Jerozolimie, a akademiku, gdzie mam spędzić najbliższych 5 miesięcy. Mój pokój to tzw. security room. Ma grubsze ściany i dodatkowe drzwi, dzięki którym po zamknięciu nie dochodzą z zewnątrz żadne dźwięki. No i ze środka nic na zewnątrz nie słychać. Pani w biurze mówiła, że nie wszyscy studenci lubią takie pokoje, ale ja uważam, że to jest właśnie świetne. I jeszcze na dodatek ten pokój jest trochę większy :)
Mieszkam na 7 piętrze, więc mam całkiem ładny widok.
Taki, jak się patrzy na wprost:




Taki jak się patrzy troszkę bliżej i troszkę w prawo (wydaje mi się, że to lądowisko dla helikopterów):




A taki jak jeszcze troszkę w prawo. Ta wąska smuga za górami to Morze Martwe.




Wreszcie jestem z Adą, ona kilka pięter niżej. Poznałam się z ludźmi z MASY, czyli tego programu, na którym Ada jest. Obchodziliśmy wieczorem urodziny jednego z chłopaków na dachu naszego akademika (10 piętro) i jest stamtąd widok na całą Jerozolimę!! Niestety nie jest tu tak ciepło jak w Tel Avivie, bo Jerozolima znajduje się znacznie wyżej, więc klimat tu surowszy. Dlatego, gdy byliśmy na dachu, musiałam owinąć się szalikiem, założyć 3 bluzy i długie spodnie z powodu zimnego wiatru...

Jeśli chodzi o moich współlokatorów, na razie jest ich dwoje (Izraelczycy). Chłopaka jeszcze nie widziałam, a dziewczyna jest spoko. Taka była nasza rozmowa:

- (...) jestem z Polski.
- O, naprawdę? Moi dziadkowie pochodzili z Polski! Znam nawet kilka słów w jidisz! Możesz mnie uczyć jidisz!
- Ale ja nie znam jidisz... Mówię po polsku... To ja Cię mogę uczyć polskiego, a Ty mnie jidisz!
- A Ty się urodziłaś w Polsce, tak?
- No tak.
- I co, i potem wyemigrowałaś do USA?
- Nie... Mieszkam w Polsce.
- Na prawdę?? Myślałam, że jesteś z USA, bo tak dobrze mówisz po angielsku! Możesz mnie uczyć angielskiego?

No więc bardzo się cieszę, że ktoś pomyślał, że dobrze mówię po angielsku, choć z prawdą nie ma to dużo wspólnego... Liczę na to, że dzięki pobytowi tu bardzo poprawi się moja znajomość tego języka. Szczególnie, że wśród znajomych Ady jest aż 4 amerykanów i angielka. To będzie dobra szkoła... Zaczęłam też uczyć się alfabetu hebrajskiego. Moja współlokatorka uczyła mnie kilku słów, ale już większość zapomniałam...


Morze Galilejskie

Link 04.10.2008 :: 22:02 Komentuj (3)

Właśnie wróciłam z dość spontanicznej wycieczki. Razem z ludźmi z Masy wybraliśmy się do Tyberiady nad wielkie i piękne jezioro nazywane Morzem Galilejskim, Kinneretem lub Genezaretem. (Tak, to po wodzie tego jeziora Jezus sobie spacerował). Jedna z koleżanek, Natasza, miała dziś urodziny i to było właśnie jej urodzinowe życzenie.




W Tyberiadzie okazało się, że wszystkie plaże są płatne, więc by znaleźć jakąś darmową, musieliśmy sobie zrobić spacer wzdłuż jeziora, co zajęło nam dobre 45 minut i było równoznaczne z opuszczeniem granicy miasta.




Pojechaliśmy tam ze śpiworami i 1 namiotem. A było nas 11. Ale namiotu i tak nie rozstawiliśmy. Kineret jest położony bardzo nisko, więc temperatura tam wysoka, dlatego też spaliśmy pod gołym niebem. Tak wyglądało nasze legowisko.




Poprzedniego dnia Adela opowiedziała mi, że gdy nocowała kiedyś w namiocie na plaży w Tel Avivie, została okradziona z pieniędzy, a jej chłopak z ubrań. Jakoś przejęłam się tym i całą noc mi się śniło, że przyszło kilkunastu facetów, którzy nas otoczyli i zabrali nam pieniądze oraz mój aparat i obiektyw! I śniło mi się to, chociaż z obawy przed tym aparat, obiektyw, telefon, portfel i ja spaliśmy razem w jednym śpiworze...

Cały dzisiejszy dzień spędziliśmy na kąpieli w jeziorze, wygrzewaniu się na słońcu i nicnierobieniu.






No i ogólnym zachwycaniu się tym, co dookoła. I na jedzeniu zebranych przez nas daktyli!




Po ludzku

Link 06.10.2008 :: 01:12 Komentuj (3)

Jeszcze kilka zdjęć znad Kinneretu. Bardziej po ludzku.

Piękna Ada:




Super Miriam:




Piękna Ada i super Miriam:




Miriam i Kartoszka (w którą ktoś rzucał kamieniami z powodu dreadów w najbardziej ortodoksyjnej dzielnicy Jerozolimy Mea Sharim):




Kartoszka (tak, wciąż pamiętamy - sunblocker i butelka wody na głowę...):




Eva (aż z Wenezueli):




Joni:




Neuman (Newman?) (jest jak kot, chodzi własnymi ścieżkami...)




Old City

Link 07.10.2008 :: 00:43 Komentuj (5)

Zaczęłam podbijać Jerozolimę. Dziś 5 godzin włóczyłam się po Starym Mieście, zaglądając gdzie się da. Podczepiałam się pod różne wycieczki (m.in. polską), bo miałam nadzieję, że jakoś uda mi się z nimi wbić do Kopuły Skały, ale się okazało, że oni się wcale nie wybierali do środka. A panie z tej grupy chwaliły się ochroniarzom, którzy prześwietlają bagaże i ludzi, że ja też jestem z Polski...






Ciągle zatrzymywali mnie jacyś panowie, żeby mnie oprowadzać. No jasne, każdy z nich mógłby być przewodnikiem... Ale na jednej z małych uliczek natknęłam się na sympatycznego starszego pana żyda niereligijnego. Powiedział, że się tam urodził i może mnie po oprowadzać, bo dobrze jest jednak pogadać z kimś, kto tam mieszka i zna to miejsce od innej strony. Że za darmo. Powiedziałam, że nie mam kasy. On na to, że przecież za darmo. No więc oki. Przeszliśmy 2m i powiedział "give me your hand". Ja na to "no". On się zdziwił, czemu nie i znowu "give me your hand". Ja znowu "no". To się obraził i powiedział, żebym sobie w takim razie sama zwiedzała i sobie poszedł... :)




Strasznie dużo tu kotów! I flag! Ciągle, wszędzie i zawsze.




A potem trafiłam na mecz piłki nożnej!










Kici kici!




Jerozolima z dachu mego domu

Link 08.10.2008 :: 22:57 Komentuj (5)

Wczoraj. Sms od Klary:
"Helena, podobno czegoś nie załatwiłaś z dziekanatem i wydział nic nie wie o tym, że jesteś na wymianie!!!"

Hmmm...

A dziad wiedział, nie powiedział, bo to było tak...
Już wszystko załatwiłam przy pomocy maila. Panie z dziekanatu wiedziały, że tę wymianę załatwiam, ale nie przyszłam powiedzieć, czy na pewno wyjeżdżam i ile czasu mnie nie będzie. Wyszłoby na to, że się rozmyśliłam ze studiowania i nie przychodzę na zajęcia :) Nawet przeszło mi przez myśl, jak wziąć zaocznie dziekankę. Ale już oki, wymiana zalegalizowana.


Wczoraj Chilka pytała, czy trafiłam przypadkiem na coś, co się nazywa Kaparot i dotyczy Jom Kippur (Dnia Pojednania), które się właśnie zaczęło. Nie no, skąd? Jakie machanie kurą? Jakie okręcanie koguta nad sobą? Że to ma zmyć nasze winy, złe uczynki wobec innych? Przecież to dawno temu się takie rzeczy wyczyniało. Teraz zamiast tego się monetami zawiniętymi w szmatkę kręci...
Dziś widziałam pana, który przy ulicy modlił się i machał nad głową białym kogutem... Jakbym się cofnęła o 100 lat. Wow...


Jerozolima. Wieczór. Dach akademika. Piwo z Adą.










Czerwony Kapturek w lesie straganów

Link 11.10.2008 :: 00:45 Komentuj (13)

Shuki są super! Można tu kupić wszystko, dobrze i tanio. Ostatnio przyatakowałam stoisko z przyprawami (no jasne, że kupiłam zatar!) i oliwkami. Jakąś minimalną ilość szekli zapłaciłam za 3 rodzaje oliwek - zielone, czarne i szare i jem je na wszystkie posiłki. Już się zastanawiam, co z moich rzeczy będę musiała zostawić w Izraelu, żeby móc przywieźć do Polski zapas humusu i oliwek...

Ale najważniejsze - kupiłam świetne pantalony! I piękną ogromną chustę, którą się owijam.




Byłyśmy dziś z Adą i Miriam na plaży w Tel Avivie.
Momentami stawałam się Matką Boską w kapliczce.




Ada robiła szalone miny...






...a Miriam bardzo groźne.




Tym czasem zbliża się Sukkot i na dziedzińcu między akademikami powstaje Sukka... Zobaczymy, czy ktoś będzie w niej mieszkał przez 8 dni.


Góra Oliwna

Link 14.10.2008 :: 00:56 Komentuj (20)

Arabowie są okej!!! Mamy podobne upodobania...




Byłam dziś z Adelą i Nataszą na Górze Oliwnej i w obydwie strony poszłyśmy przez dzielnice arabskie. Bo to bliżej i coś nowego. I w sumie nie wiem, czego wszyscy się tak boją. Raz tylko jakiś chłopak powiedział "beautiful". I jak szłyśmy w pierwszą stronę, to ręka wystająca przez okno jadącego samochodu szturchnęła mnie w ramię. Naprawdę jakoś spodziewałam się gorszych sytuacji. Mount Scopus, na której mieszkam, otoczone jest dzielnicami arabskimi, widać nawet wioski palestyńskie, więc trzeba się jakoś oswoić z sąsiadami.

Prawie ukradłyśmy konia...
Właściwie to on bardzo chciał być ukradziony. Byłam bardzo za tym, żeby z nami poszedł. Mógłby nosić mój obiektyw... Nawet są 2 wolne pokoje w moim mieszkaniu, ale dziewczyny uznały, że koń się nie zmieści do windy...






Dużo czasu zajęło nam chodzenie po cmentarzach i grobowcach. Ale nie dotarłyśmy do grobu Matki Boskiej... Musi poczekać na następną wyprawę.








Ale za to widziałyśmy ślad stopy Jezusa, który zrobił na chwilę przed Wniebowstąpieniem! I Matki! I byłyśmy w Ogrójcu! A w Kościele Wszystkich Narodów (w Ogrójcu) trafiłyśmy na polską mszę! Msze w Polsce mnie jakoś specjalnie nie rajcują, ale tutaj to mi się nawet miło zrobiło. W Ogrójcu rosną drzewa oliwne, które mają ponoć ponad 2000 lat. I one rosły już wtedy, gdy Jezus się tam modlił. W sumie po ich wyglądzie można nawet w to uwierzyć. A tak na marginesie, to myślałam, że takie drzewa to tylko u Disneya są...




Niesamowite było, gdy siedziałyśmy sobie na zboczu góry, na tarasie widokowym i wybiła jakaś taka godzina modlitw w meczetach. Jako że wokół były dzielnice arabskie, a przed nami Stare Miasto, śpiewy dobiegały z każdej strony. Najgłośniej z Al Aqsy. Aż ciarki przechodziły. Dolby Surround.




Każdy by chciał oliwki z Góry Oliwnej!




Wpadłyśmy też na chwilę do Doliny Jozafata, pod murami Starego Miasta i Złotą Bramą. Tam się ma kiedyś odbyć Sąd Ostateczny, więc zrobiłyśmy szybkie rozeznanie co i jak. Co się może przydać wtedy, ile kg bagażu można będzie zabrać, co by się załapać na pokład...




A potem spełniło się moje marzenie! Kiedyś przez kilka lat mieliśmy w moim domu na ścianie zdjęcie panoramy Jerozolimy. I między krzakami widać było taki malutki pipek, taki lejek do góry nogami. Ukryty tajemniczy punkt. I ja z całej tej panoramy najbardziej lubiłam to coś, dużo bardziej niż złotą Kopułę Skały czy inne takie. I zawsze, od mniej więcej przedszkola, bardzo marzyłam, żeby kiedyś to zobaczyć na prawdę. I zobaczyłam! :D




I okazało się to wcale nie takie małe, jak myślałam... A potem znalazłyśmy dziurę i tajemniczą linę. Więc co? Wspinaczka!! Ale bezskuteczna... :)




No więc muszę donieść, że ta budowla nie nazywa się już Grobowiec Absaloma. Teraz to jest mój grobowiec!


Eksperyment

Link 15.10.2008 :: 23:08 Komentuj (8)

Wczoraj po południu poszłam do Mea Shearim. Na zwiady.
Muszę coś sprostować. Pisałam wcześniej, że w Irę ktoś rzucał kamieniami w Mea Shearim. To nie prawda. To na Adelę się posypał deszcz kamieni. Ira oberwała workiem ze śmieciami.
Tak bardzo się wczoraj bałam, jak nie pamiętam kiedy wcześniej. W dzielnicach arabskich czuję bardzo lekką adrenalinę. A tu? Gdy sprawdzałam na mapie, gdzie jestem, jakaś kobieta coś do mnie powiedziała. Myślę, że chciała mi pomóc, to brzmiało raczej przyjaźnie. Ale byłam tak przerażona, że nie mogłam wypowiedzieć ani słowa. Stałam i się na nią patrzyłam z oczami jak talerze.

Dziś wybrałam się tam znowu.
Założyłam czarną bluzkę z długimi rękawami. Biało-czarną spódnicę do połowy łydki. Czarne rajstopy. Czarne buty. Zmyłam bordowy lakier z paznokci. Tusz z rzęs. Czarne kreski z powiek. I poszłam fotografować.
Chciałam zobaczyć, jak w takim miejscu wygląda Sukkot, jak wyglądają ich Sukki, w których mieszkają przez ten tydzień.
Jest ich pełno, każdy balkon jest zabudowany.




Okazało się, że nie taki wilk straszny. Oni są chyba przyzwyczajeni, że tam ciągle ktoś ich fotografuje.






Już wiem, co oni robią, żeby te pejsy były kręcone!




Zastanawiam się, czy pod kaskiem była jarmułka...




A potem poszłam na Stare Miasto i przeprowadziłam pewien eksperyment...
Zawiązałam sobie na głowie chustę na sposób jako tako arabski i poszłam do dzielnicy muzułmańskiej... Chciałam wejść na plac przy Kopule Skały wejściem dla muzułmanów. Ale strzeliłam sobie samobója, bo miałam aparat na szyi. Policja mnie zawróciła. Potem niechcący zaplątałam się w wycieczkę upośledzonych psychicznie i fizycznie muzułmanów i czułam się bardzo nieswojo... A później jeden pan Arab do mnie powiedział całkiem poważnym tonem "Are you a Muslim?". Prawdopodobnie pomyślał, że jestem muzułmanką, ale ten aparat... Mógł pomyśleć, że jestem muzułmanką z innego kraju :) Wbiłam wzrok w ziemię i przyspieszyłam kroku :)


Dzieci

Link 16.10.2008 :: 22:53 Komentuj (2)

Jako że mam w Jerozolimie spędzić dość dużo czasu, mój wujek historyk zlecił mi wyszukiwanie w archiwum Yad Vashem relacji polskich Żydów, którzy przetrwali wojnę. Spotkałam się dziś w tymże archiwum z Panem W., pracującym tam na stałe, który wprowadził mnie we wszystko, wytłumaczył, jak zamawiać teczki z dokumentami, pomógł wyrobić numer użytkownika. Od przyszłego tygodnia będę tam spędzać po parę godzin dziennie, czytając opowieści na temat Treblinki, Oświęcimia, ukrywania się...

Wstąpiłam też do muzeum. Yad Vashem jest niesamowicie zaprojektowane, świetnie pomyślane, a zbiory są gigantyczne. Byłam tam już rok temu, z przewodniczką, która opowiadała o wybranych rzeczach. Teraz będę tam dosyć często, więc postanowiłam przestudiować trochę dokładniej materiały tam zebrane. Dzisiaj zobaczyłam mw. 1/4 całej wystawy - o tym, jak Hitler dochodził do władzy, jak to się tam wszystko rozwijało, do czasu ataku na Polskę. Koszmar.

Poszłam też do miejsca upamiętniającego zamordowane dzieci. Na początku jest kilka ich zdjęć, a później wchodzi się do ciemnej sali, gdzie widać miliony światełek. Jak gwiazdy. I słychać tylko nazwiska dzieci, wiek i kraj. I te nazwiska się chyba nigdy nie kończą...

To zdjęcie z zeszłego roku, jeszcze analogowe:




A żeby jednak nie zakańczać tak smutno, kilka zdjęć dzieci z mojej ostatniej wyprawy do Mea Shearim.
Dzieci tam od urodzenia są wychowywane w bardzo ortodoksyjny sposób, by iść później śladem rodziców.
Ale pluszowe zwoje Tory z Dziesięcioma Przykazaniami??




"W lewą rękę bierze się owoc cytrusowy (etrog). Obchodząc siedem razy bimę Żydzi odmawiają modlitwy, zwane "hoszanot". W ten sposób Święto Sukkot jest także radosnym świętem dziękczynnym z powodu zebrania plonów z winnic i sadów." (zaczerpnięte ze strony serwisu Izrael).










Tym czasem u Pana Cygaro można zobaczyć obrazek na Dzień Papieski mojego autorstwa. Zachęcam, zapraszam!!


W pustyni, bez puszczy

Link 17.10.2008 :: 16:56 Komentuj (18)

Tak, to się czasem zdarza, że autobus się psuje w środku pustyni... :)




I że trzeba czekać na autobus zastępowy, umilając sobie czas na różne sposoby...




Ale w sumie pustynia to ładna sprawa, więc czemu nie spędzić tam nadprogramowej godziny?




Ludzie z Masy pojechali na 4 dni na wycieczkę. Ich kadra nie zgodziła się mnie zabrać, bo to tylko dla uczestników tego programu. Okazało się, że nie zostałam sama, bo Newman nie pojechał. On jest religijny i chciał obejść Sukkot jak należy. Zbudował sobie Sukkę na dachu naszego akademika i tam ma spać przez 7 nocy. Nie chciał mieszkać z resztą swojej grupy w jakichś hotelach, zrezygnował nawet z noclegu w obozie Beduinów. Postanowił jednak pojechać dziś do swojej grupy z Masy, odwiedzić ich nad Morzem Martwym i zaproponował mi, żebym zabrała się razem z nim.
I właśnie na pustyni Negev autobus odmówił posłuszeństwa :)
Myśleliśmy z Newmanem, że jesteśmy już bardzo blisko celu naszej wyprawy i chcieliśmy iść pieszo, ale kierowca powiedział, że to nie jest najlepszy pomysł, bo to jeszcze 100km przez pustynię... Oczywiście te 100km to było naciągnięte, ale za 30 czy 40km takiej wędrówki i to w południe to też dziękuję :) Choć kiedyś z jakąś karawaną czemu nie? ;)

Może i Masa nie chciała mnie zabrać do obozu Beduinów, ale co tam, znalazłam sobie własnego Beduina!




Newman poczuł, o co biega...




W końcu udało się nam dotrzeć na miejsce i dołączyliśmy do Masy w rezerwacie En Gedi. Wszyscy się bardzo cieszyli i z wszystkimi się ściskałam, bo o tym, że przyjeżdżam z Newmanem wiedziała tylko Efrat, ich opiekunka. Nikt się nie spodziewał, że spotka mnie nagle wśród skał i kamieni w oazie na pustyni :)




W En Gedi było super! Kąpaliśmy się pod wodospadem! I spotkaliśmy faunę.




Wcześniej Efrat zastrzegła, że mogę przyjechać, ale mam wrócić stamtąd normalnym autobusem, nie z nimi ich autokarem. Potem jednak uznała, że skoro jestem, to Masa weźmie mnie pod swe skrzydła. Nawet zabrali mnie z powrotem do Jerozolimy. Ale przedtem pojechaliśmy nad Morze Martwe i tam się taplaliśmy w tej oleistej wodzie. No i znowu, tak jak w zeszłym roku, zachwycałam się dryfowaniem w wodzie z kończynami ponad powierzchnią. Było świetnie! :D




jaka, jaka, jaka jest

Link 19.10.2008 :: 13:36 Komentuj (23)

Ech... Gdzie się podziała moja dobra passa?
Zgubiłam wczoraj kartę Visa :( Przeszukałam wszystko. Na pewno mi jej nie ukradziono, bo portfel mam. Irytuje mnie to, że z całej zawartości portfela zgubiłam właśnie najpotrzebniejszą rzecz... Czemu nie zgubiłam np. legitymacji studenckiej? Przecież tu mi jest niepotrzebna, a za kilka dni straci ważność.
Zablokowałam kartę, dowiedziałam się, że na szczęście nikt mi pieniędzy nie ukradł. Ale jak to zazwyczaj bywa, ona się pewnie znajdzie... Tylko że po zablokowaniu i tak nie da się jej już odblokować.
Na szczęście mogę tu używać normalnej polskiej karty bankomatowej, tylko że prowizja, prowizja, prowizja...

I na dodatek się rozchorowałam :(

Ze spraw bardziej pozytywnych:
Poszłam wczoraj na obiad do Sukki, która powstała na terenie akademików. Później jeden z panów religijnych Żydów oznajmił, że umie powiedzieć dużo o człowieku na podstawie jego odręcznego pisma. Napisałam więc 4 linijki - coś o pustyni, wielbłądach i Beduinach i dowiedziałam się, że jestem:

Uczciwa
Szczera
Pracowita
Precyzyjna
Zawsze muszę mieć wszystko dopięte na ostatni guzik
I wszystko zrobione na czas
Że dobry ze mnie pracownik
I dobrze pracuję w grupie
Że za bardzo biorę wszystko na poważnie
I z tego wynikają liczne rozczarowania
Bo za bardzo się nastawiam
I powinnam dać czasem na luz.


Jakieś obrazki...
No to może kilka portretów spod Ściany Płaczu.














Dobra kroplówka nie jest zła

Link 22.10.2008 :: 09:44 Komentuj (17)

Angina. A jednak to się zdarza też w ciepłych krajach. Myślę, że to dotyczy głównie przyjezdnych. Z Masy po kolei kogoś trafia, ktoś jest przeziębiony. Może to nieprzystosowanie do tego klimatu, powietrza, wody, jedzenia. Koniec z piciem surowej wody z kranu. Smakuje jak z basenu.
U mnie - jakaś bardzo wysoka gorączka, straszny ból gardła, kręcenie w głowie, łóżko, podłoga, łóżko. Szpital. Kroplówka. Kroplówka raz jeszcze.

Jestem pod wrażeniem tutejszych służb medycznych.
Na dzień dobry zrobili mi kilka badań: temperatura, puls, szybkość krążenia krwi, wymaz z gardła, w 5 minut zbadali mi krew. Na skutek tego podczepili mnie pod kroplówkę, podwójna dawka, żebym nie musiała zostać u nich na noc. Postawiła mnie na nogi. Zostawili mi wenflon w żyle i kazali przyjść na jeszcze jedną następnego dnia rano. Przypisali antybiotyki. Z dnia na dzień czuję się 5 razy lepiej.
A lekarz był taki super!

No i wielki szacun dla mojego współlokatora, który pojechał ze mną do szpitala. I dla jego kolegi Brazylijczyka, który pojechał ze mną następnego dnia.

Gdyby ta angina trafiła mi się w Polsce, lekarz pierwszego kontaktu zajrzałby mi w gardło i przypisał antybiotyk. Nie zrobiłby żadnego z tych badań, które zrobiono mi tutaj. Po tygodniu może bym mogła wstać z łóżka. A może nie. Nikomu by nie przyszło do głowy podać lekarstwa dożylnie.

Jednej rzeczy nie mogę zrozumieć. Izrael to bardzo religijny kraj. Ale chyba są jakieś granice? To było święto i dlatego w całej wielkiej Jerozolimie czynna była JEDNA apteka. Na totalnie drugim końcu miasta. Jak coś takiego jest możliwe w cywilizowanym kraju?? Po prostu chce się iść do Knesetu i kogoś stłuc!


No jasne, że nie będzie żadnych zdjęć na temat choroby. Bo po co i bo nie mam. Ale to świetna okazja, żeby pokazać coś, na co nie było do tej pory czasu i miejsca. Jeszcze z mojego pobytu w Tel Avivie.
Dzielnica Newe Tsedek, pierwsza żydowska dzielnica Tel Avivu.














Z pozdrowieniami dla Cyberkota. Tu wcale nie jest napisane "pic pe". Tak wyglądają hebrajskie litery w wersji pisanej...




Kto na szuku, nie zbłądzi

Link 24.10.2008 :: 17:29 Komentuj (9)

Można powiedzieć, że przechorowałam ostatni wolny tydzień. No trudno...
W międzyczasie przybyło mi dwóch nowych współlokatorów, obaj to Izraelczycy. Ale jakoś od kilku dni się nie pokazują. Może się rozmyślili?
W niedzielę zaczynam ulpan. Hebrajski przez 5 dni po 5 godzin. A w następną niedzielę startują zajęcia na uczelni. Ech, listopad, wakacje się kończą...

Dzisiaj, pierwszy raz po określeniu się jako osoba zdrowa, choć może to jeszcze trochę naciągnięte, ale ile można siedzieć w domu, wybrałam się z Adą na szuk. Skutek tego taki, że kupiłyśmy masę ubrań i chustek. Bo czemu by nie kupić chustek? I torebki? One atakują z każdej strony. A najbardziej proszą się o kupienie spodnie. One tak proszą, że aż głupio odmówić...




Bardzo prosi też suszone kiwi. Dobre jest? Jadł ktoś?




Słodycze niedługo się już doczekają.






A niektórych prosi też mięso.




Przestały już prosić bataty. Polskie ziemniaki są najlepsze.


Kozy!

Link 25.10.2008 :: 20:50 Komentuj (6)

Jak jechaliśmy przez pustynię nad Morze Martwe, to wypatrzyłam z autobusu, że niedaleko Jerozolimy są:
1) wioski Beduinów
2) kozy
Jedno i drugie warte obejrzenia z bliska.
Wybrałam się dziś na zwiady. I miałam ochotę przejść się na pustynię.




Najpierw szłam wzdłuż drogi. Znalazłam aż 3 kipy! Ale nie wzięłam.
Potem wdrapałam się na wzgórze. Posiedziałam, pozachwycałam się.
Nagle ni stąd ni zowąd na tym wzgórzu pojawił się chłopak, Arab. Tak totalnie od czapy. Uśmiechnęłam się, powiedziałam mu "Hello", on zapytał "Pictures?". "Yes, pictures. Do you live here?". Ale to już było za dużo, nie rozumiał. Dodałam jeszcze "Nice view...", ale on zrobił głupią minę, pokręcił głową, że nie rozumie. Widocznie umiał tylko "pictures". Postaliśmy chwilę patrząc się na siebie, powiedziałam "ok, bye!", odwróciliśmy się od siebie i zeszliśmy po przeciwnych stronach wzgórza.
Hellmanns z suchego wzgórza - panna o nowych pantalonach z szuku i kamieniu zamiast stopy:




Do wioski Beduinów nie dotarłam, ale do kóz tak! Tzn nie do końca... Zobaczyłam z daleka kozy i ruszyłam w ich kierunku. Ale pogoniło mnie 5 psów tak że ho ho! Że aż się za mną kurzyło! Zwiewałam z aparatem w ręku, zastanawiając się, czy będzie smakował im też mój obiektyw. Dobiegłam do drogi. Nawet jakiś samochód zwolnił, chyba żeby mnie ratować, ale nie wiem co bardziej ryzykowne - trafić między 5 psów czy wskoczyć do arabskiego samochodu? Jestem szybsza od stada psów - to pewnie kwestia motywacji - i się nie dałam. Przebiegłam na drugą stronę dużej szosy (dziś szabat, więc prawie nie ma ruchu), a one zostały.
A potem jeszcze raz przechytrzyłam psy i fotografowałam z takiego miejsca, gdzie one nie miały dostępu :)






Te stworzenia są takie piękne... Tylko co one biedne tam jedzą? Chyba piasek. Ten osioł to nawet na pewno, widać przecież.




A to panowie pilnowcy:




Marzyło mi się jeszcze zobaczenie z bliska czarnych kóz, ale te psy pozbawiły mnie odwagi...




Wydostałam się z Jerozolimy tunelem, w którym, jak się później okazało, był zakaz wstępu pieszym. Wracając, nie chciałam drugi raz łamać prawa (ten tunel jest taki długi, że idzie się nim około 5 min, nie da się przeskoczyć niezauważonym) i ruszyłam na naszą Mt Scopus na przełaj. Pod górę, po zboczu. I jakie widoki miałam dzięki temu!




I w sumie dobrze, że nie dotarłam do wioski Beduinów, bo i tak nie chcę sama do nich iść. To miało być tylko rozeznanie, czy jakaś wioska jest w zasięgu nóg. Myślę, że jest. :)



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl