photo 1-1.jpg

Powrót do przeszłości

Link 28.10.2015 :: 20:09 Komentuj (0)

Po czterech i pół roku, po długiej tęsknocie, tysiącach westchnień, przywoływaniu wspomnień, po momentach zazdrości i poczuciu nieosiągalności oto jestem. W Izraelu. Chodzę dawnymi swoimi szlakami, wydeptanymi przez miesiące tu spędzone, szukam swoich śladów stóp. Szukam sklepów, które lubiłam, panów sprzedawców, u których kupowałam. Szukam ulic i miejsc, zapachów i smaków. Kadrów. Niektóre z nich znajduję, innych nie. Nie ma ulubionego sklepu z ubraniami, niektóre z nich mam do tej pory i nie zapowiada się, żebym miała się ich pozbyć. Najtańsze stoisko na szuku jest tam gdzie było. Tylko szekel skoczył bardzo w górę. Jem daktyle, mango, oliwki, pastę z palonego bakłażana. Jem i mi się przypomina. Powietrze to samo, tylko czas już nie ten.

Przyjechałam z Alanem na 2 tygodnie. Mieszkamy w Moishe House bardzo blisko szuku.




Są bugenwille, moje ulubione. Już mam gałązkę ususzoną do zielnika.



To takie izraelskie.



W sąsiedztwie mamy dom modlitwy, często przechodząc obok słyszymy śpiewy. W okolicy też jest jakieś takie miejsce dla kobiet. Ostatnio była tam niezła impreza. Panie w chustach tańczyły do "Rabin Nachman, Nachman meUman" w wersji disco. Aż się zatrzymałam pod oknem i mi noga też zaczęła chodzić. ;)




Szuk właściwie bez zmian. Nadal awokado super tanie. Ale są też rzodkiewki mutanty.





No i odkryłam inne oblicze szuku, czyli nocną porą. Po tym, jak się zamykają stragany i handel się kończy, otwierają się różne lokale, a nawet są koncerty. Jak mieszkałam w akademiku, to było za daleko, żeby to odkryć.



Pierwsze miejsce, w które poszliśmy to Mea Szearim. Pokazuję Alanowi to wszystko, co na mnie zrobiło wrażenie. Tutaj to już zupełnie nic się nie zmienia. I za 100 lat też będzie tu tak samo.



Tałesy. Chciałoby się powiedzieć do wyboru do koloru, ale chyba raczej powiem do wyboru do rozmiaru.



Wczoraj poszliśmy na Stare Miasto, ale zanim tam dotarliśmy to pod daszkiem musieliśmy przeczekać ulewę. Ale taką, jakiej tu jeszcze nie widziałam, choć byłam tu w sumie rok i spędziłam tu 2 listopady i 2 grudnie.





Przy okazji wstąpiliśmy do McDonalda zobaczyć co i jak i okazało się, że cena zestawu kosztuje 45–60 szekli, czyli 45–60zł... Taka ciekawostka.

Jak już w końcu przestało padać, poszliśmy na Stare Miasto. A Stare Miasto jest zawsze tak samo niezwykłe. Co prawda teraz trochę się stresowaliśmy i wyglądaliśmy noży, ale na szczęście żaden nie błysnął. Na każdym skrzyżowaniu stoją żołnierze, a ja na wszelki wypadek nie mówiłam po hebrajsku, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem Izraelką... Takie prymitywne zabezpieczenie, ale jedyne jakie mogliśmy zastosować. Dzisiaj nowo poznana osoba powiedziała mi, że mam bardzo izraelski akcent w hebrajskim. :)



Niedawno wielki mufti Jerozolimy, który zawiaduje Al Aksą, powiedział, że w tym miejscu nigdy nie stała Świątynia Jerozolimska, a Al Aksa była w tym miejscu od powstania świata. Ciekawe. Ale chyba nie doprowadzi to do dogadania się obu stron...



Pod Ścianą Płaczu. Jak zwykle różne typy. Żołnierz, selfi, ortodoksi tańczą w kółku.



U kobiet trochę ciszej i skromniej.



Zachwycają mnie takie najmniejsze karteluszki powciskane w mikroszczeliny, takie że aż trudno uwierzyć, że tam się jakieś prośby zmieściły.



W okolicy Ściany Płaczu pewien pan chasyd złapał Alana za głowę, zaczął błogosławić i obydwojgu nam zawiązał na ręce czerwony sznurek. To taka kabalistyczna tradycja. Zapytał skąd jesteśmy i na odpowiedzieć, że z Polski, prawie jednym ciągiem powiedział: Lechia Kraków, Lech Wałęsa, Getto Warsza... Hmmm...

No i Bazylika Grobu Pańskiego. Zawsze jak jestem w Jerozolimie, to tu przychodzę. Niesamowite jest to natężenie wiary i świętości na tak małym obszarze, jaki zajmuje Stare Miasto. A tutaj jeszcze ilość odłamów, które modlą się w tym samym miejscu. I pewnie o to samo. Tylko czasem się kłócą, a nawet biją. Głównie przy okazji Wielkanocy.



Grób. Duchowny, który tam pilnuje, powtarzał w kółko "Quickly, quickly!".



I ten kamień, na którym złożono ciało Jezusa. Podobno pomaga, uświęca wszystko, co się na nim położy. Jedna pani nacierała całą swoją torebkę. dziewczyna postawiła glinianego aniołka.





Nie mogłam nie odwiedzić tego miejsca, o którym mało kto wie. Przy Bazylice, na zewnątrz po prawej stronie od wejścia jest kościół etiopski. I jak się tam pójdzie wąskimi schodami, to się dochodzi do etiopskich domków. Tam, tuż obok miejsca które odwiedzają tłumy, jest taki świat, zupełnie inny. Cichy.




No i dzisiaj. Poszliśmy do Wielkiej Synagogi zobaczyć kolekcję mezuz. To są mezuzy podarowane przez pewne małżeństwo, które przez lata ten zbiór poszerzało. Są wśród nich mezuzy z XIX i XX wieku. W sumie jest ich dobre kilkaset. To co tu widać, to tak mniej więcej 1/3.



Ta – moja ulubiona.



Na koniec Jad vaSzem. I tutaj, choć byłam tu już kilka razy, skoczyło mi ciśnienie. To jest takie miejsce, że tu się nie da inaczej. Chyba nie da się tak całkiem kontrolować emocji. A instalacja poświęcona dzieciom zawsze wyprowadza mnie z równowagi. Chyba nie ma lepszego żydowskiego muzeum. I patrząc od strony odbiorcy, i projektanta. Pod każdym względem kładzie na łopatki.



A tych, którzy są tu nowi lub już nie pamiętają i chcą poczytać o moich przygodach podczas spędzonego tu roku, a potem 2 miesięcy na ulpanie, zapraszam do archiwum po prawej stronie: o końca września 2008 do lipca 2009, listopad 2009 – styczeń 2010 i jeszcze maj 2011.


Cieplej, martwiej

Link 30.10.2015 :: 23:12 Komentuj (0)

Przez ostatnie dni ciągle przekładaliśmy wyjazd nad Morze Martwe, czekając na lepszą pogodę. Bo tam, gdy leje, jest na prawdę niebezpiecznie. Rzeki błota i kamieni spływają z gór i zabierają ze sobą wszystko, co napotkają na drodze. Wyjazd padł na piątek. Ostatni możliwy dzień, a w dodatku połowa dnia, bo potem jest szabat i autobusy nie jeżdżą. Więc żeby zdążyć wrócić, musieliśmy się bardzo spieszyć. I złapać autobus powrotny o 13:45...

No a skutki deszczu nad Morzem Martwym dały się nam szybko we znaki. Wysiedliśmy w Ein Gedi, przepięknym miejscu, gdzie byłam wielokrotnie i gdzie nocowałam na plaży. Teraz jakoś inaczej to wyglądało... Jakby budowa, jakoś nie mogłam poznać. I jak tylko autobus odjechał, pani lokals powiedziała nam, że nie ma już plaży. Zmyło ją. Razem ze sklepikiem i stacją benzynową. Taka szkoda... Wiedząc, że mamy mało czasu, wielkie plany i kolejny autobus za około półtorej godziny, zamachaliśmy na autostop. Pan nas zawiózł do Ein Bokek. Tam już było pięknie. I w końcu udało nam się wygrzać, bo jak dotąd wygrzać się można było tylko pod kołdrą.




Jeszcze nigdy nie udało mi się tam zrobić tak na prawdę dobrych zdjęć. A teraz tak. Wzięliśmy aparat Alana zamiast mojego i od razu widać efekty. Cóż, chyba czas pomyśleć o nowym aparacie... Ten mój kupiłam właśnie na wyjazd do Izraela. To było 7 lat temu.






I Masada. Pozostałości po synagodze.






Pozostałości obozu rzymskiego.




Masadowe ptaszory.




No ale właściwie nawet ciekawsze niż sama Masada są widoki dookoła... Kosmiczne.






Fajnie by tu było latać na paralotni!










Tu na przeciwległym brzegu, czyli na wzgórzach Jordanii, po prawej stronie widać ciemny kształt konia. Jest taka legenda, że to koń Mahometa na pamiątkę jego nocnej podróży po niebie.

 photo mm15_zpsng7yspfp.jpg


No i niebezpieczne leje, o których już kiedyś pisałam. Pod ziemią na brzegu Morza Martwego są takie bąble powietrzne. Jak się stanie w takim miejscu, to się zawala i zazwyczaj się umiera. Czasem podobno szosa biegnąca wzdłuż morza zapada się, bo pod nią też są takie pułapki.



Niektóre wypełniają się wodą i powstają minijeziorka.




Wśród tej martwoty – upału, suszy, wody głównie bardzo słonej, pojawia się życie. I jest silniejsze niż wszystko inne.




W drodze powrotnej udało mi się w końcu uchwycić beduińskie wioski. Mój aparat sobie nie radził z tempem autobusu, wszystko wychodziło nieostre. Czy już mówiłam, że muszę kupić nowy aparat? Teraz na prawdę widzę różnicę.






Dla mamy.




Dla wszystkich.




Im dłużej tu jestem, tym bardziej utwierdzam się w mojej miłości do Izraela.



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl