photo 1-1.jpg

Wykopani na ulicę

Link 04.12.2009 :: 18:24 Komentuj (29)

Ostatnio głośno jest o sprawie pozwolenia na powstawanie nowych osiedli żydowskich na terenach Zachodniego Brzegu, teraz doszła do tego kwestia wschodniej części Jerozolimy. Wschodnia Jerozolima zamieszkała jest głównie przez Arabów. Podjęto jednak decyzję o odebraniu części domów Arabom i przekazaniu ich żydowskim osadnikom. Byłam dziś na demonstracji przeciw temu działaniu. I to był hardcore...

W demonstracji wzięło udział niewiele osób, może ze 200. Marsz ruszył z centrum miasta i dotarł do jeszcze arabskiej dzielnicy Szeik Jarra.
Po drodze napotykaliśmy różnego rodzaju reakcje. Było na przykład oblewanie nas wodą z okna i pokazywanie nam środkowego palca. Z tego samego okna poleciały też kij i pomarańcz.




Na Ben Yehuda pewnien pan zaczął szarpać dziewczynę i się na nią drzeć. Padały też słowa, że jesteśmy nienormalni. Wydaje mi się, że wiele osób po prostu nie zdaje sobie sprawy, jak to wszystko wygląda. Dina mówiła, że w mediach mało się o tym mówi, mogłoby to być niewygodne, gdyby zbyt dużo ludzi o tym wiedziało. I Dina, która była na zebraniu organizacyjnym poprzedniego dnia, mówiła, że podkreślano, że nie jest to demonstracja antysyjonistyczna. A wielu ludziom się wydaje, że protestowanie przeciw wyrzucaniu Arabów z ich domów jest antyizraelskie. Według mnie jest nawet proizraelskie, bo raczej niesie w sobie myśl walki o pokój między Żydami i Arabami, a tym samym polepszenie sytuacji tego kraju.
Na szczęście były też gesty poparcia, pokazywanie znaku pokoju, trąbienie i machanie, byli też tacy, którzy się dołączyli do marszu.

Gdy dotarliśmy do Szeik Jarra, poszliśmy do domów, które zostały przejęte przez settlersów. Tak wygląda podwórko po wyrzuceniu mieszkańców.








Po lewej jest ten dom, a po prawej widać zielono-niebieski namiot, w którym teraz mieszka wyrzucona rodzina.




A to mieszkanka tego namiotu.




I mieszkaniec.




Na demonstracji były nie tylko transparenty i okrzyki, ale i granie na bębnach i innych instrumentach. Dzięki temu grupa była bardziej zauważalna i to jakoś dawało większą siłę. Dużo Arabów dołączyło do demonstracji i było czuć taką jedność. Jeden z mieszkańców tej okolicy przyniósł całą tacę kawy dla protestujących i to było bardzo miłe. Z domów wychodzili ci jeszcze nie wyrzuceni.




Był taki moment, że protestująca dziewczyna podbiegła do domu i zerwała z niego flagi izraelskie. I żołnierze bardzo szybko zareagowali, odpędzili ją, coś pogrozili i przyczepili flagi na nowo.




W pewnym momencie z domu wybiegł settler i przeskoczył przez mur machając wszystkim.




Gdy demonstracja ruszyła do drugiego przejętego domu, ten sam osadnik, który przeskoczył przez mur, patrzył przez okno, śmiał się i pokazywał na izraelską flagę, która znajdowała się na dachu. Że, jak to się mówi, możemy mu naskoczyć.




Rodzina, która została wyrzucona z tego domu, mieszka teraz tak:




A ogrzewa się tak (tak, to jest Izrael, ale jest zima i tu w nocy jest około 9*C):




Dzisiaj na noc ma z wyrzuconymi zostać kilkoro z demonstrujących osób. Bynajmniej nie po to, żeby się z nimi solidaryzować. Dlatego, że settlersi atakują wyrzuconych nocą. To jest absurd. Nie dość, że zostali wyrzuceni z ich domów i śpią na ulicy, to jeszcze są dalej atakowani!!!

Ja nie pojmuję tego. Nie jestem sobie w stanie wyobrazić, jak ludzie tak sobie mogą robić. Rozumiem, że gdy palestyńscy terroryści atakują, to trzeba coś z tym zrobić. Ale to, co dziś widziałam, nie ma nic wspólnego z terroryzmem palestyńskim... I na pewno nie prowadzi do pokoju i rozwiązania konfliktu... I to wszystko jest legalne!!!


Maria Alfonsina

Link 08.12.2009 :: 18:43 Komentuj (3)

To już było trochę dawno, ale wtedy pisałam o demonstracji przeciw religijnym. No ale lepiej późno niż wcale.
Zupełnie przypadkiem trafiłam na całkiem ciekawą kościelną uroczystość. A kościół nie byle jaki, bo arabski (Church of Our Lady od Rosery).
Przechodziłam akurat obok i zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagę.




Podeszłam bliżej. Było tam dużo panów bardzo ładnie ubranych i bardzo ładnie grających.




Dowiedziałam się od jednego pana pilnującego, że to uroczystość z okazji beatyfikacji palestyńskiej zakonnicy Marii Alfonsiny. Nigdy wcześniej o takiej nie słyszałam, a prezent, który dostałam na wejściu do kościoła, nie wiele mi pomógł. Prezent, czyli różaniec i karteczka ze zdjęciem zakonnicy i prawdopodobnie jej życiorysem, tyle że po arabsku.
Tak wyglądała zakonnica (zdjęcie portretu, bo osobiście nie chciała się dać sfotografować...)




Nawet nie wiedziałam, w jakich latach żyła, bo arabskie cyfry są zupełnie inne.
Później w Internecie przeczytałam, że pochodziła z Jerozolimy, że był to XIX wiek i że założyła zgromadzenie Różańca Świętego na polecenie Matki Boskiej, z którą się widywała czasami. I chyba jest to pierwsza arabska zakonnica beatyfikowana.

W kościele było fajnie i wszystko po arabsku. Śpiewy, modlitwy, te wszystkie mowy księdza. Nie byłam na całej mszy, tylko trochę. Nie wiele rozumiałam. Właściwie nic poza "Salam, salam", czyli pokój. Ale było to na prawdę ciekawe doświadczenie, mimo że ksiądz wyglądał mało arabsko.




Mea Szearim pierze

Link 09.12.2009 :: 20:06 Komentuj (7)

Doszłam do wniosku, że źle wykorzystuję czas tutaj. Właściwie wcale nie wykorzystuję. Mam to, czego bardzo chciałam, a tyle czasu spędzam w domu. Głównie dlatego, że przez to wczesne wstawanie na hebrajski nie mam za dużo siły potem. Trochę też dlatego, że myślę, że się z kimś spotkam, ale z tego ostatnio jakoś nic nie wychodzi, bo wszyscy pracują albo robią projekty.
Wczoraj wybrałam się z moim ulpanowym kolegą Maćkiem do baru (tak, jestem w Izraelu i w końcu spędzam czas z Polakiem ;) ), gdzie on był umówiony z ludźmi, których poznał w hostelu. I było strasznie fajnie. Ci ludzie byli z Nowej Zelandii, Australii, USA, Anglii. Przez 2 godziny tańczyłam jak szalona :) Przyszedł też Tiernan, Irlandczyk z hebrajskiego, który ma tak około 50 lat i jest naszym kumplem. On za kilka dni bierze ślub z Izraelką, więc uznaliśmy ten wieczór za kawalerski. Ci ludzi byli strasznie fajni i takie mam dwie myśli w związku z tym:

1. Jaka to szkoda, jak się spotyka super ludzi, których już się więcej w życiu nie zobaczy, bo są turystami, którzy następnego dnia jadą np do Egiptu, albo w sobotę do Grecji, ewentualnie do Zfat. Że mogłoby być z tego tyle przyjaźni i znajomości, ale od razu wiadomo, że to tylko ten jeden raz.

2. Skoro moi tutejsi znajomi są tak zajęci, to trzeba sobie poszukać nowych znajomych, którzy mają więcej czasu. (Co bynajmniej nie oznacza, że z tamtych trzeba zrezygnować!!!) A żeby mieć nowych znajomych i przygody, to trzeba więcej wychodzić.
No i kierując się tym punktem postanowiłam zmienić tryb życia i zacząć na nowo szukać przygód. Zacząć znowu wycieczkować. W końcu tu jest jeszcze tyle do zobaczenia!

Dzisiaj tak na rozgrzewkę poszłam do Mea Szearim.
Mam taką opinię wśród znajomych, że ciągle poznaję ludzi. No i tym razem też tak było. Czaiłam się nieśmiało przy jakiejś ścianie, gdy zagadał do mnie pan Arab, że jak wejdę wgłąb w te małe uliczki i podwórka, to dopiero wtedy będę mogła zobaczyć ciekawe rzeczy. Fakt. Zawsze chodzę tam główną ulicą w tę i z powrotem, nie mając śmiałości się w tę dzielnicę zagłębić. No więc ruszyłam, ale też tak jakoś nieśmiało, więc on w końcu do mnie przyszedł i powiedział "Chodź". Okazało się, że pracuje na budowie w Mea Szearim, więc zaprowadził mnie na jakieś rusztowania, żebym miała dobry widok z góry na jedno z podwórek.




To także uchwycone z tego rusztowania. (ten wpis będzie pod znakiem prania.)




Szahab się zna z tymi różnymi religijnymi Żydami stamtąd, więc zadzwonił do jednego działającego przy tej budowie, czy mogę go sfotografować i dostałam zgodę. (Romek?)




Dostałam od Szahaba parę wskazówek na dalszą drogę i ruszyłam. Najbardziej mi się podobało pranie. Tam po prostu wszystko jest zawieszone suszącymi się ubraniami!




Tałesy też trzeba czasem prać.




Religijne galoty nad uliczką.




Pochodziłam też trochę po sklepach z akcesoriami religijnymi i różnymi takimi gadżetami. Chciałam kupić jakiś drejdel na Chanukę, ale nie znalazłam jakiegoś bardzo fajnego.

No i jeszcze taka rzecz, którą bardzo w Mea Szearim lubię, czyli plakaty.




I pozostałości po nich.




No i dzieci :)




Na pewno jeszcze się tam wybiorę, bo teraz to było popołudniem i już ciemnawo się robiło. A dobre zdjęcia wymagają dobrego światła, jak powszechnie wiadomo.


Ślub Rona

Link 11.12.2009 :: 19:58 Komentuj (3)

Wczorajszy wieczór spędziłam w Hajfie na ślubie kolegi z mojego tutejszego roku, Rona. Ron fajny chłopak, ale się właśnie ożenił ;)
To był pierwszy żydowski ślub na jakim byłam i pierwszy ślub w Izraelu. Nie był specjalnie tradycyjny i właściwie najmniej religijny, jak się da. Sala weselna, tak to nazwijmy, przypominała raczej klub. Na środku był bar, wszędzie kolorowe światła i ekrany z jakimiś wizualizacjami.




Na środku tego stała chupa, pod którą odbyła się ceremonia.




W ogóle zaskoczyło mnie, jak to wszystko było mało podniosłe i ważne. Gdy Ron i Ortal szli do chupy, przygrywała piosenka Black Eyed Peas "I gotta feeling". A podczas ślubu wiele osób siedziało przy stolikach, niektórzy nawet odwróceni tyłem... I cała ta ceremonia trwała może 10-15 minut. Ja jednak wszystkiemu się starannie przyglądałam.




Rabin odmówił modlitwę nad winem, którego potem napiła się para, ale panna młoda nie mogła dotknąć kieliszka. Aby napić się z niego, kieliszek musiała trzymać jej matka.




Rabin nałożył na pana młodego tałes. Potem było wręczenie aktu ślubu, no i rozdeptanie kieliszka przez pana młodego. I mniej więcej tyle.




Potem było jedzenie, które było na prawdę super. Część była podawana do stolików, a część to był szwedzki stół. I to było na prawdę pyszne! Na żadnym weselu w Polsce nie jadłam takich dobrych rzeczy!
A to część mojego roku:




No i szalone tańce. Najpierw do ogólnie znanych hitów, a potem do muzyki mizrachi :)




Pan młody nawet tańczył coś na kształt break dance :) Przy okazji zwracam uwagę na ubranie: białe adidasy i biały T-shirt. Na koszulce napisane było "odświętna koszulka", żeby nie było, że zwykła. W końcu to ślub... ;)




I ja też tam byłam, tańczyłam, jadłam i piłam. ;)




Oczywiście cały czas porównywałam ten ślub z ślubami w Polsce. Co mnie tutaj zdziwiło, to:
- tutaj zaczyna się jeść jeszcze przed ślubem.
- impreza nie trwa do rana, ale tak do około 1 w nocy.
- nie ma gier i zabaw i wodzireja.
- najważniejszą częścią jest impreza, a nie ślub.
- raczej przychodzi się bez osoby towarzyszącej.
- nie daje się prezentów, a jedynie pieniądze. Na wejściu jest wielka skarbonka, do której wrzuca się koperty jeszcze przed ślubem. Tak sobie myślę, że to byłoby głupio, gdyby wszyscy goście wrzucili koperty, a potem na ślubie któreś z państwa młodych by powiedziało jednak "nie"...


Znowu Bezalel Dead Sea trip :)

Link 17.12.2009 :: 20:36 Komentuj (1)

Ostatnie dni są bardzo intensywne. We wtorek pojechałam do Tel Avivu spotkać się ze znajomymi i profesorami z mojego wydziału w Polsce. To takie śmieszne spotkać się w tak zupełnie innych okolicznościach. I pić piwo wieczorem na plaży z rektorem i profesorami ;)
Oprócz tego zaliczyłam kąpiel w Morzu Śródziemnym. Pierwszy raz w życiu kąpałam się w morzu w połowie grudnia :) Nie było specjalnie ciepło, mniej więcej tak jak Bałtyk latem, ale co tam, i tak było świetnie! Aż latałam!




Całą środę i czwartek spędziłam nad Morzem Martwym na warsztatach z moim wydziałem z Bezalelu. W zeszłym roku też uczestniczyłam w tym wyjeździe i było tak super, że i tym razem nie mogłam przepuścić (tutaj można zobaczyć zeszłoroczny wyjazd).

W tym roku było mniej warsztatów i mniej pływania, bo zimniej. W ogóle to nikt się nie chciał ze mną kąpać (nie to że ze mną, ale w ogóle), ale w końcu udało mi się namówić jednego kolegę. Morze Martwe jest super!
Tak jak wspomniałam, było mniej warsztatów, ale za to było zadanie. Tematem był stołek, który miałby jakoś się wiązać z tym wyjazdem, z tym miejscem, z warsztatami. Spośród wykonanych prac zostanie wybrana jedna i jakoś podobno dobrze nagrodzona. A oprócz tego część z projektów ma być wystawiona w Muzeum Izraela w Jerozolimie.
W poszukiwaniu inspiracji poszłam zwiedzić okolicę. Bardzo niedaleko od naszej plaży znajduje się coś, co może przypominać PGR, ale są to pozostałości po zabudowaniach wojskowych zbudowanych jeszcze przez Jordanię, do której te tereny należały.




Instalacja artystyczna..?




To miejsce wydało mi się tak niesamowite, że spędziłam tam dużo czasu. I jeszcze ten kontrast z plażą obok, z palmami. Na skutek tego kontrastu przyturlałam do naszego obozowiska znalezioną między tymi budynkami oponę (pewnie nie jordańska, ale nie ważne...) i uplotłam z liści palmy siedzisko. Cały wnętrze też wypełniłam suchymi liśćmi, żeby było miękko.




Stołków i siedzonek powstało bardzo dużo. Tutaj te, które uważam za najciekawsze:






Były też warsztaty plecenia koszyków:




I pieczenie czegoś pitopodobnego.




I różne inne rzeczy. I to były takie wakacje. :)




Cienie i blaski

Link 22.12.2009 :: 18:59 Komentuj (1)

Bardzo przywiązałam się do mojego tutejszego pokoju. Zakochałam się w białych ścianach. Tyle można dzięki temu osiągnąć! Tyle uzyskać!

Wczoraj zrobiłam abażur, który oparty jest na pomyśle z kołem, które jest w moim pokoju w Polsce. Tam jednak przez drewniany sufit nie wygląda to wystarczająco dobrze. Tutaj lepiej. Wycięłam z tektury dziesięciokąt, a w nim ażur. Sam w sobie jest mały, ale rzuca duży cień na sufit. Chyba porobię więcej tego typu abażurów i różne ich wersje.




święta bez świąt

Link 26.12.2009 :: 13:34 Komentuj (5)

Święta i po świętach. Właściwie to nie miałam świąt. To moje drugie pod rząd Boże Narodzenie w Jerozolimie, tym razem jednak nie miałam za bardzo z kim ich obejść, a i pogoda specjalnie nie sprzyjała świątecznemu nastrojowi...
Bo niby jak, gdy moja ulica wygląda teraz tak?








Chyba już bardziej by na Wielkanoc pasowało ;)

Tak więc, żeby jakoś jakkolwiek uczcić wigilijny wieczór, kupiłam sobie dżem figowy i ser pleśniowy, na które bym się nie szarpnęła w zwykły dzień. I jeszcze kupiłam pół kilo truskawek, na które właśnie zaczyna się sezon. I obejrzałam musical "Hair" na komputerze.
A wczoraj w prezencie od Dziadków kupiłam sobie 2 bluzki i fioletowe korale.
Nawet jakoś specjalnie nie było mi smutno. Właśnie przez to, że tutaj się w ogóle nie czuje klimatu świąt. Myślałam, żeby sobie narysować choinkę, ale potem uznałam, że lepiej nie, bo jeszcze by mi się zrobiło sentymentalnie ;)
Myślałam, żeby pójść na pasterkę do kościoła arabskiego, ale nawet to nie wypaliło, bo przez te grudniowe kąpiele w morzach różnych rozchorowałam się i całkowicie mi głos odebrało. Ale tak, że jak próbuję coś powiedzieć, to się ludzie ze mnie śmieją!

Ale tak poza tym to mam bardzo dobry czas. Dzisiaj było tak ciepło, że jadłam śniadanie na dworze w krótkich spodenkach i koszulce.
A hebrajski wchodzi mi do głowy tak szybko, że aż moi znajomi się dziwią. I teraz już wiedzą, żeby nie mówić o mnie przy mnie, bo mogę zrozumieć ;) Czasem nawet uda mi się jakiś żarcik po hebrajsku puścić ;)
Żeby tylko mi głos wrócił, bo jak próbuję z takim gardłem mówić po hebrajsku, to już w ogóle koniec świata następuje :P

Wszystkiego najlepszego dla Was wszystkich! Na święta pewnie każdy dostał milion życzeń, więc ja życzę na czas po świętach!!!


Spontanicznie i ciepło

Link 29.12.2009 :: 18:26 Komentuj (9)

Poniedziałek. Wracam o 22:30 z pubu do domu. Fajni są moi ulpanowi znajomi Maciek i Keren. No ale dzień dobiega końca. Co mnie może jeszcze dzisiaj spotkać? Co najwyżej facebook i maile, ostatnie opowiadanie Kereta z "8% z niczego". I chyba tyle. A, jeszcze kolacja.
I wtedy wchodzi Dina i mówi:
- Helena, chcesz jechać nad Morze Martwe?
- Ale kiedy?
- Teraz.
- Tak!!! A po co?
- Kąpać się w gorących źródłach.

W ciągu 10 minut siedzimy w samochodzie. Wstępujemy po dwójkę przyjaciół Diny i już jedziemy przez pustynię. Po około półtorej godziny jazdy jesteśmy na miejscu. Jest kilka takich duuuużych kałuż. Woda brązowa, śmierdząca jak jajko. Ale jaka zdrowa dla skóry! I jaka ciepła! W życiu bym nie uwierzyła, że to tak może być. Taka mniej więcej jak trochę za gorąca woda w wannie. I też na tyle słona, że można dryfować jak w Morzu Martwym, które jest tuż tuż obok. Ponoć to jakieś wulkaniczne sprawy.




I tak taplając się w tej wodzie spędziliśmy pół nocy. Ta woda była tak ciepła, że aż po twarzach nam pot ściekał. A na zewnątrz też nie najgorzej, pewnie jakieś 17-18*C. I gwiazdy nad nami. A księżyc za górą.




Było też trochę innych ludzi, ale sobie poszli i zostawili nam ognisko. A ja okazałam się mistrzynią w podtrzymywaniu ognia :D
Dzięki tej wyprawie lepiej poznałam Shiri i Dana, przyjaciół Diny. Okazali się strasznie fajni. Zajmują się głównie występami i showami. Machają ogniami, żonglują, bywają clownami, trochę próbują też akrobacji, Dan uczy się jeździć na rowerku jednokołowym (przy okazji nauczyłam się jak jest rowerek jednokołowy po hebrajsku - ofan אופן).




Wróciliśmy do domu o 6 rano. Śmierdzący jak jajko, ale ze skórą gładką jak u lalki Barbie ;)



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl