photo 1-1.jpg

Wyprawa w Bardzo Daleki Świat

Link 05.12.2013 :: 15:59 Komentuj (3)

Rozpoczęła się największa, jak dotychczas, moja wyprawa. Jeszcze nigdy nie byłam tak daleko. I też tak długo w podróży, zanim dotarłam do celu. Właściwie tę wyprawę można podzielić na 2 etapy: pierwsza, czyli ostatnich 5 dni, to sama podróż tutaj. I o tym będzie ten wpis. Od dzisiaj zaczęła się druga część, czyli pobyt stacjonarny tu, na Filipinach. O tym będzie przez najbliższe 2 tygodnie.

Wyruszyliśmy 1 grudnia. Trasa była taka:

1 grudnia: Warszawa Modlin – Mediolan. Ryanair.
W Mediolanie mieliśmy tylko kilka wieczornych godzin i noc. Dużo nie zobaczyliśmy, ale za to się najedliśmy. Popularne w Mediolanie są happy hours, które dotyczą jedzenia. Wygląda to tak, że od godziny 18:00 otwiera się dużo lokali, a każdy z nich serwuje szwedzki stół. Płaci się 8-9 euro i można jeść do woli. Szkoda, że w Warszawie czegoś takiego nie ma, ale może to pomysł na dobry biznes? Polecam!

2 grudnia: Mediolan – Rijad. Saudi Arabian Airlanes.
Zanim samolot wystartuje, wyświetlana jest modlitwa przed podróżą, którą Mahomet miał zwyczaj odmawiać. W Rijadzie spędziliśmy kilka godzin na lotnisku. Kusiło, żeby zobaczyć Arabię Saudyjską, ale o wizę nie jest łatwo. A i problemów można sobie narobić. Musiałabym zapewne kupić hidżab, burkę...
Ale już samo lotnisko dało posmak tego miejsca. Do kontroli osobistej za pomocą wykrywacza metalu musiałam się stawić w osobnym pokoiku, gdzie całkiem zakryta pani, pokazująca jedynie oczy, prześwietliła mnie z góry na dół. Mężczyźni po prostu przechodzą przez bramkę, kobiecie nie wolno. Nie do końca znam uzasadnienie, mogę się jedynie domyślać.



3 grudnia: Rijad – Kuala Lumpur. Saudi Arabian Airlanes.
Samolot ogromny, przód całkiem zapchany, to podróżni z Medyny. My z tyłu w prawie pustej części, obok dyskretnego pokoiku do modlitwy z wielkim dywanem, spaliśmy rozłożeni każdy na 4 fotelach. Lepiej niż biznes klasa! O ile w poprzednim locie obsługa samolotu uwzględniła to, że jestem na diecie bezglutenowej, to tym razem nie bardzo wiedzieli o co chodzi. Przemiła stewardessa jednak nie umiała sobie z tym poradzić: „Arabs don't understand when you say noodles...”

W Kuala Lumpur spędziliśmy 2 dni. Wjechaliśmy w gorące, ciężkie lepkie powietrze. Od czasu do czasu kropił deszcz. To monsun. Roślinność niezwykle bujna, zieleń soczysta.



Super nowoczesne miasto na niezwykle wysokim poziomie pozostało nadal bardzo bliskie Anglii. Wszyscy mówią tam po angielsku, samochody jeżdżą tak jak w Anglii jeśli chodzi kierunek ruchu drogowego, ale w zdecydowanie wschodni sposób. Raczej nie przejmują się światłami, pierwszeństwem przejazdu. Piesi nie są w tym też w tym lepsi. Ale może to dlatego, że zielone światła dla pieszych prawie się nie włączają... Wtyczki do prądu też są angielskie. Miasto aż kipi od tego zgiełku.

Wjechaliśmy na najwyższy budynek w Kuala Lumpur, 2 wieże Petronas. Najpierw na kładkę pomiędzy nimi (41 piętro), a potem na samą górę (83 piętro). Wyżej mogą wchodzić tylko pracownicy techniczni.





Następnego dnia poznawaliśmy inną stronę Kuala Lumpur – China Town. Tłoczno, głośno, kolorowo, pachnąco, śmierdząco. Kupiliśmy różne pyszności.










4 grudnia: Kuala Lumpur – Manila. Cebu Pacific Airlanes.
W drodze do lotniska widziałam stado czarnych bawołów. To pierwsze zwierzęta, które spotkaliśmy na tej wyprawie. A bardzo liczę na więcej! Poznawanie Manili dopiero przed nami. Teraz 6 godzin na lotnisku, nieprzespana noc.

5 grudnia: Manila – Cebu. Cebu Pacific Airlanes.
Stąd wzięliśmy autobus do portu Hagnaya, by promem dotrzeć do naszego celu, czyli na wyspę Bantayan. Podróż autobusem trwała 3 godziny. Z okna widziałam pierwsze obrazy Filipin. Przez ten cały czas jechaliśmy przez niezwykle biedne okolice, jakby nie było tu prawie „normalnego” życia. Prowizoryczne chatki, montowane z desek, blachy, plecionych mat z liści palmowych. To wszystko wygląda tak jakby „na chwilę”, przypominało mi trochę beduińskie wioski w Izraelu. Można by pomyśleć, że są to tymczasowe schronienia zbudowane po przejściu tajfunu. Ale nie, one tak zawsze wyglądały.
Trochę inaczej sobie wyobrażałam Filipiny. To, co tu widzę, raczej kojarzy mi się z Ameryką Południową i Afryką (choć nie byłam ani tu, ani tu...)



 photo hagnaya2_zps814ebc82.jpg

Razem z nami promem płynęła filipińska armia z nadajnikami i bronią. Myśleliśmy, że sytuacja na wyspie jest aż tak zła, że musiało wojsko przybyć z pomocą. Okazało się jednak, że to grupa ochrony prezydenta. Jutro prezydent Birmy przylatuje na Bantayan. Bardzo miły żołnierz zarzucił sobie na ramię moją ciężką walizkę i bez mrugnięcia okiem wniósł mi ją na strome schody. Dziękuję, żołnierzu!

Przyroda jest przepiękna, choć tu, gdzie jesteśmy, dość mocno zniszczona przez tajfun. Ale temu poświęcone będą kolejne wpisy. Teraz – przyroda nienaruszona przez wiatr.




Jemy same pyszne rzeczy. Próbowaliśmy dań kuchni japońskiej, koreańskiej, malajskiej i filipińskiej. Pyszne były japońskie glony z tofu:



Ale kurczaków krojonych razem z kośćmi jakoś nie możemy... Choć sama zupa pyszna!





Po naszej plaży biegają malutkie kraby! Zaczaję się z aparatem. Ale to już jutro, teraz czas trochę odespać...


Tajfun Yolanda. I co dalej?

Link 07.12.2013 :: 14:21 Komentuj (1)

Filipiny mnie kompletnie zaczarowały. To co tu się dzieje, to cud. Mam wrażenie, że to, ile dzieje się tu w ciągu jednego dnia, wyrabia spokojnie tygodniowy limit przygód i doznań.

Kupiliśmy bilety na Filipiny kilka tygodni przed tajfunem. Gdy wydarzyła się ta tragedia, rozpatrywaliśmy różne opcje, włącznie z przebukowaniem biletu gdzieś indziej. Postanowiliśmy jednak przyjechać, ale postawiliśmy sobie warunek, że nie będziemy się wyłącznie byczyć, ale też pomożemy. Drugiego dnia pobytu pojechaliśmy do ratusza, by zaoferować się z pomocą i opowiedzieć o tym, co które z nas potrafi. I tak rozpoczął się całodniowy ciąg niesamowitych spotkań, w tym spotkanie z burmistrzem.

Pani zarządzająca działem do spraw socjalnych opisała nam, jak to było.
To był normalny dzień pracy, była w swoim biurze. Gdy nadszedł tajfun, nie było nic widać na kilka metrów, tylko biel dookoła. Przerażający huk, jakiego nie nawet nie umiem sobie wyobrazić. To właśnie ten dźwięk podkreślało kilka osób w swoich opowieściach. Siedziała z zamkniętymi oczami, zatykając uszy. Wrrryyy... wrrrryyyy... wwwrrryyyy... Tak opisywała ten odgłos. A potem nastała kompletna cisza. Pojawiła się nadzieja, że już po wszystkim. Pracownicy wyszli na dwór, spojrzeli w górę. I wtedy zobaczyli nad sobą dokładny, okrągły kształt – byli w samym środku, w oku cyklonu. Gdy nadchodzi tajfun, to wiatr natęża się stopniowo. W oku cyklonu jest spokojnie. Ale najgorsze uderzenie przychodzi dopiero potem, bo uderza nagle z największą siłą. Nie ma już stopniowego wzmagania się. To jest po prostu nokaut. A potem wszystko było brązowe, pokryte ziemią i kurzem. Pracowniczka ratusza powiedziała, że nie płakali, że cieszyli się z tego, że żyją. Powrót do domu po odejściu tajfunu też nie był prosty, bo poza zwalonymi drzewami, zagrażały pozrywane, wiszące nad ulicami kable.






Niezwykle przejęła mnie też opowieść pewnego Polaka, który mieszka tu od kilku lat. On i jego rodzina ukrywali się w centrum miasteczka Santa Fe, w murowanym domu znajomych. Zdawali sobie sprawę, że pierwsze uderzenie tajfunu to dopiero początek, dlatego gdy nadeszło oko cyklonu i 15 minut ciszy, to na gwałt starali się wzmocnić budynek. Ale oprócz niszczycielskiego działania wiatru, który rozsypywał kolejne budynki jak domki z kart, spowodował on wielką falę. Emocje, które ów człowiek włożył w opis tej sceny sprawił, że przez całe godziny nie mogłam myśleć o niczym innym. W pewnym momencie zobaczyli tłum uciekających od strony morza ludzi. Jeden przez drugiego krzyczeli, że nadchodzi fala. I wtedy to już się ma śmierć przed oczami. Przed taką falą się nie ucieknie! Stał się cud i fala nie doszła do nich, choć wkroczyła aż 300 metrów w głąb lądu. Do czasu Yolandy było 5 stopni mocy tajfunu. Teraz stworzono szósty stopień.

Na wyspie nadal nie ma prądu ten, kto nie ma własnego agregatora. Cały czas leżą przewrócone drzewa, choć w znacznym stopniu już je uprzątnięto. Niby nic nie działa, a jednak wszystko funkcjonuje. Ludzie sobie radzą. W sali sportowej zorganizowano na przykład ratownicze centrum medyczne.




Znaczna większość zniszczeń to domy budowane z drewna, plecionych mat, prowizoryczne. To, co murowane, w znakomitej większości zostało nienaruszone, lub tylko trochę uszkodzone. Nadmorskie resorty praktycznie wszystkie uległy zniszczeniu. Ten, w którym mieszkamy, jako jedyny pozostał w całości. Ale to nie tylko dzięki szczęściu, ale głównie dzięki mądrej głowie właściciela. Domki, które postawił, wykonane są z kontenerów do transportu morskiego. Dodatkowo zbudowane są na palach. Żeby tego jeszcze było mało, pomalowane są farbą do rakiet, żeby chronić przed nagrzewaniem...
Ponieważ zamożny właściciel nie odniósł prawie żadnych strat, uznał, że jest coś winny społeczeństwu. Stał się lokalnym filantropem. Uruchomił kontakty, sprowadził swoich znajomych, którzy są w stanie pomóc. Wczoraj podczas kolacji, na którą nas zaprosił (pierwszy raz w życiu jadłam homary), poznaliśmy lekarza, który przyjechał leczyć tutejsze dzieci. Spodziewał się setek wizyt. A dzieci tu dużo, sporo też bezdomnych, których rodzice wyjechali w świat za pracą.
Właściciel resortu działa też na 2 sąsiednich wyspach, na które dociera znacznie mniej pomocy z zewnątrz. Dzisiaj, zawiezieni tam skuterem wodnym, uczestniczyliśmy w spotkaniu z mieszkańcami, na których właściciel przedstawił wizję poprawy sytuacji. Usadził nas obok siebie, przedstawił mieszkańcom i opowiedział o naszych wspólnych planach i pomysłach. No właśnie. Bo jak się okazuje, możemy tu sporo pomóc i to środkami, które mamy opanowane najlepiej – czyli filmem i projektowaniem. Nasz pobyt tutaj stał się więc pracą, niezwykle fascynującą, ale i potrzebną. Taką przynajmniej mamy nadzieję. Zostało nam tu 9 dni, a roboty co niemiara.

Powoli poznajemy okolicę i ludzi. Jeździmy wypożyczonym skuterem, zaglądamy w różne zakamarki. A w jednym takim zakamarku złapaliśmy gumę. I tu nas poratował pan wulkanizator, który metodą na łatkę, jakąś gumę i świeczkę załatał nam dwie dziury. Wracaliśmy już jednak po nocy.





Czas, który tu spędzimy, to bardzo mało, ale mamy nadzieję, że coś przez ten czas uda nam się zrobić. Teraz głównie pracujemy, ale może też trochę odpoczniemy, choć sądząc po ostatnich 2 dniach, to średnio... Ale za to nurkując widziałam 3 rozgwiazdy!


Jakie są Filipiny?

Link 12.12.2013 :: 16:46 Komentuj (3)

Nasz wyjazd powoli dobiega końca. Na Bantayanie mamy jeszcze jeden dzień, potem jeden na Cebu i 2 w Manili.
Jest super i żal wyjeżdżać. Już zdążyłam zapomnieć, że może być zimno.

Nie da się w tak krótkim czasie poznać Filipin, tym bardziej, że większość czasu zajęła nam praca. Ale temu poświęcę osobny wpis. Teraz o tym, jakie Filipiny, a przynajmniej wyspa Bantayan, pozostaną w moich wspomnieniach.

Oczywiście muszę zacząć od tajfunu. Wyspa została zniszczona bardzo mocno. Tajfun zmiótł tysiące domów, rozwalił całe farmy kur, zniszczył przyrodę. Ale to, co zadziwia w tym wszystkim najbardziej, to postawa ludzi. Nie spotkaliśmy się z żalem w ich głosie, bólem, smutkiem. Mówiąc "w tym miejscu przed tajfunem stał mój dom", nie mrugną nawet okiem. Podają to jak zwykły fakt. Życie toczy się tu normalnym rytmem. A co mnie zaskoczyło najbardziej, to siła wierzeń. Filipińczycy to katolicy, jednak jak się okazało,ich katolicyzm jest mocno przemieszany z wiarą w różne inne dziwne rzeczy. I na przykład: nie mają domów, ale nie odbudowują ich, bo według ich przekonania, nie można budować w grudniu. Zaczną budować dachy nad głową dopiero w styczniu...




Bantayan to wyspa pięknych, białych plaż i turkusowego morza. Tutaj chyba nie muszę dużo dodawać.




Ważnym elementem krajobrazu są łódki z czymś w rodzaju płoz po bokach, dla utrzymania równowagi. Nawet małe dzieci biegają ciągnąc za sobą na sznurku modele takich łódek.




Plaże pełne są malutkich krabów. Ale to jedne z bardzo niewielu zwierząt, jakie tu widzieliśmy. Jeszcze tylko rozgwiazdy i węża morskiego.




Ulice są kolorowe, pełne 3-kołowych motorków i rowerów. Motory sprowadził tutaj właściciel naszego resortu. Wszyscy też jeżdżą na motorach i skuterach (my też). I wszyscy też zasłaniają twarze od spalin, pyłu, gorąca.






To też miejsce, gdzie jest masa ulicznych, niezbyt czystych straganów z jedzeniem, którego raczej nie tykamy. Oprócz pieczonych babeczek z ryżu, kokosa i cukru, które dostałam za darmo, więc głupio byłoby nawet nie spróbować... Były pyszne!!






Nie ma tu prawie ptaków, bo duża część drzew padła.




I na pewno zapamiętam Bantayan jako miejsce, gdzie idąc ulicą słyszy się 60 razy na minutę "hello!", bo każdy chce się przywitać. Szczególnie dzieci, które potrafią powiedzieć to nawet nie raz ani nie 10, tylko aż nie do wytrzymania wiele razy. Wczoraj przejeżdżający obok nas pan pokazywał nas palcem swoim dzieciom. Co im przy tym mówił, nie wiem. Wiele osób mówi też do nas "Joe", chyba na wszystkich białych tak mówią. Zawsze też zwracają się do nas madam i sir. Często też zachwycają się moją białą skórą, ja się wtedy zachwyca ich ciemną. I tak to tutaj jest. Szczerze powiem – nie ma dramatu, płaczu, głodu. Oni całą tę sytuację przyjmują ze spokojem, jako coś naturalnego. Zdarzyło się i trzeba żyć dalej. I to jest w tym wszystkim godne podziwu.

I na pewno będę chciała tu wrócić.






Choinka bez choinki, czyli jak sobie zrobić święta

Link 25.12.2013 :: 16:05 Komentuj (0)

Wróciłam tydzień temu, ale jakoś głową jestem ciągle tam. To takie miejsce, którego się łatwo nie zapomina. I to chyba nie przypadek, że na Bantayanie mieszka całkiem sporo Polaków. Taka mini Polonia się tam tworzy. Pierwszy był Grochu, potem z tych odwiedzających go część już została. Do żadnego miejsca poza Izraelem nie czułam takiego czegoś, takiego dziwnego ciepła od środka. Staram się tamtejszą energię przełożyć na działanie tutaj, co już zaowocowało nowymi pomysłami projektowymi. Kończymy też projekt Design For Bantayan, którym się tam zajmowaliśmy. Temu poświęcę prawdopodobnie kolejny wpis.

A teraz jeszcze kilka zdjęć stamtąd. Chociaż na Filipinach choinek nie ma, to jednak przy okazji świąt się pojawiają. Centra miast i centra handlowe ozdobione są od góry do dołu. Gdzieniegdzie trzeba jednak sobie radzić innymi środkami. To jest choinka, którą zrobił pewien chłopak w ośrodku, w którym mieszkaliśmy. Wykonał ją z pozostałości po tajfunie. Do pnia z bambusa przymocował gałązki.




Bombki z bambusa z kokardkami z liścia bananowca.




I z piasku zawiązanego w torebkach foliowych.




Świetna była też szopka. Tak samo – z tego co zostało po Yolandzie. Dach szopki z liści palmowych, które zwiało z prawdziwego dachu.




Twarze rodziny i bydlęcia co klęka zrobione są z łupin kokosowych. Tułów zwierzęcia z liści bananowca. Ubrania ludzi z jakiejś plecionki.




Wszystko to wydaje się bardzo efektowne, choć wykonane z niczego.

To był dla mnie bardzo dobry rok. Kolejny będzie jeszcze lepszy, tak czuję.





MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl