photo 1-1.jpg

4 mało realne dni

Link 10.02.2016 :: 23:31 Komentuj (5)

Ostatnio dużo się działo. Od połowy stycznia do końca lutego w Żydowskim Instytucie Historycznym można oglądać naszą wystawę "Mezuza z tego domu". O naszym projekcie, polegającym na odszukiwaniu śladów po mezuzach i odlewaniu ich w brązie już kiedyś pisałam przy okazji wizyty w Dynowie i Szczebrzeszynie. Tych z Was, którzy sprawy nie znają, przekierowuję tutaj.

Od bardzo niedawna mamy też swoje pierwsze własne biuro! Wychodzimy do pracy, a dom stał się domem. Wkrótce, gdy tylko skończymy je urządzać, podzielę się z Wami szczegółami i zdjęciami. W każdym razie widok z okna mamy nieziemski!

No i po tych wszystkich wydarzeniach, przygotowaniach i przeprowadzkach potrzebowałam kilku dni przerwy. Marzyłam, żeby się całkiem odciąć od świata. Zwolnić na chwilę i przede wszystkim odciąć się od śmietnika facebookowego. Trochę za często zaczęłam sprawdzać facebooka, stąd postanowienie, że podczas tych kilku dni nie zajrzę tam ani razu. I się udało. I było to tak wspaniałe doświadczenie, że chyba na stałe ograniczę tam swoje odwiedziny. Nagle wyszło, że można dużo bardziej się skupiać na bieżących wydarzeniach, bardziej się nimi cieszyć i myśleć o nich jako o chwilach dla mnie, a nie dla wszystkich innych, którym się wyświetla to co opublikuję... Głupie, proste, ale jednocześnie jakie odkrywcze!

I tak pojechałyśmy z Elą w Gorce.



W Gorcach nigdy wcześniej nie byłam. Miałyśmy wejść na Turbacz i tam w schronisku zostać 2-3 noce, odpocząć, wyciszyć się. Szybko jednak okazało się, że z tym odpoczynkiem to trochę nie wcelowałyśmy... Zamiast spodziewanych 2 godzin trasy z plecakami powitał nas szlak na 3,5 godziny marszu w śniegu, miejscami po lodzie, gdzie sobie nieco tyłki obiłyśmy. Ale widoki i utęskniony śnieg wynagradzał te cierpienia.






Idąc, spotkałyśmy 2 osoby schodzące na dół. Przed nami musiały iść tylko 3 osoby, bo tylko tyle śladów na śniegu wypatrzyłyśmy. Po drodze przypomniała mi się historia mojej babci, która w 1946 roku była z drużyną harcerską na Turbaczu i błądząc nocą co chwila natykały się na obozowiska i ogniska partyzantów. Stąd dzisiaj szlak na Turbacz nazywa się szlakiem partyzanckim. W końcu popołudniem dotarłyśmy do schroniska. Był czwartek, tych śladów mało, spodziewałyśmy się raczej pustki. I szłyśmy tam, żeby się wyciszyć. Otwieramy drzwi do schroniska, wchodzimy do sali głównej, a tam... 50 żołnierzy! 50 par oczu nagle się na nas skierowało, podniosła się wrzawa i przekrzykiwanie "zapraszamy do stolika!". Szybko się rozejrzałyśmy, nikogo poza nami, nimi i obsługą schroniska nie było... Na Eli pytanie "Co tu się dzieje?" jak bumerang wróciło do mnie "partyzanci!". Takie międzypokoleniowe deja vu. Panowie żołnierze okazali się jednak jednostką specjalną Nil, która przybyła tam na ćwiczenia. Długie marsze po śniegu w górach, spanie na dworze i tego typu rozrywki. Ale rozrywką chyba było dla nich też spotkanie z nami, bo zaraz zaczęli się przysiadać i zagadywać. Wszyscy zgodnie twierdzili, że ich jednostka jest po to, żeby chronić nas dwóch. Więc z odpoczynku i wyciszenia były nici. Cała sytuacja była kompletnie absurdalna i od czapy, ale było śmiesznie bardzo i sympatycznie. Było też ognisko. O 5 rano panowie żołnierze ruszyli w dalszą trasę, zostawiając za sobą tylko wydeptaną ścieżkę.

My z Elą, już na spokojnie, mogłyśmy sobie spacerować, grać w tysiąca i rysować.










Śnieg był tak puchaty, że nie mogłam sobie odpuścić. Musiałam sprawdzić...




Przenocowałyśmy na Turbaczu jeszcze jedną noc i ruszyłyśmy do schroniska na Maciejowej. Pogoda zmieniała się tak gwałtownie, że w ciągu kilku minut z całkowitego zamglenia widoczność poprawiała się całkowicie. Albo byliśmy w chmurze... Tu widać, jak chmura ucieka.




I nagle pojawiły się Tatry!






No to siup. Plecaki na plecy, aparat na ramię i w trasę. Kolejne 3 godziny.






Schornisko na Maciejowej okazało się cudownie małe, kameralne i podobne do Otrytu.




Pierwsze, co zrobiłam, jak tylko chwilę odpoczęłam i zjadłam, to poleciałam na dwór rysować. Śpieszyłam się, żeby zdążyć przed zachodem słońca. W trudnych warunkach, bo przy zimnym wietrze i bez rękawiczek, powstały dwa rysunki.






Zachód słońca był jednym z najładniejszych, jakie widziałam.








W schronisku poznałyśmy kilka fajnych osób. Dołączyłyśmy się do gry w Makao do grupy kilku brodaczy i jednej dziewczyny, którzy na początku wyglądali troszkę groźnie, ale szybko okazali się swoi. Była kupa śmiechu, przepyszna pomarańczowo-kawowa nalewka, makao i gra w Dobble, a na koniec... lekcja rysunku! W rozmowie wyszło, że od czasu do czasu rysuję. Pokazałam szkicownik, pokazałam flamastry, i nagle się okazało, że wszyscy są chętni do rysowania. Dałam zadanie, by się nawzajem sportretowali i wszyscy mieli z tego dużo uciechy.
Zabawiał nas też kot Bigos.



Noc była raczej ciężka, bo pewien pan zaczął grać na gitarze o godz. 23:00 i jakoś do drugiej w nocy wyśpiewywał bardzo ładnie np. "Gitarą i piórem". Ale jednak to było już dość późno, a nasza sala była dokładnie nad salą kominkową, więc czułam się tak, jakby leżał obok i przygrywał. Ale to wcale nie było takie złe. Bo złe było dopiero, jak skończył grać i poszedł spać, jak się okazało w naszej sali. I do rana chrapał tak, że około 5 poszłam szukać miejsca do spania na ławce w sali kominkowej. Jednak zastałam tam już jedną osobę wypędzoną tym chrapaniem... Zdecydowałam się więc pana obudzić i zakazać chrapania, bo to jednak nie ja powinnam się męczyć na jakiejś ławce. Na jakiś czas pomogło. Potem znowu chrapał, potem ktoś czymś w niego rzucał i tak zeszło do rana...

Rano ruszyłyśmy w drogę powrotną. Na dół do Rabki, z Rabki do Krakowa, z Krakowa do Warszawy. Jeszcze zanim doszłyśmy do Rabki, to ten śnieżny sen prysnął. I razem z tym wspomnieniem o śnieżnej wyspie, po której już śladu nie było, z tymi żołnierzami, z tymi brodaczami grającymi w makao, z tym odpoczynkiem i brakiem facebooka, to wszystko wydawało się, jak sen. I tylko ten ból mięśni, który przez kilka dni potem sprawiał, że chodziłam jakbym zamiast nóg miała drewniane kołki, dowodził, że jednak to wszystko było.




To były tylko 4 niepełne dni, ale kompletnie dodały mi energii i pozwoliły się zrelaksować. Takie mam dwie rady: zróbcie sobie czasem wolne i wyłączcie internet.



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl