photo 1-1.jpg

Dużo różnych zwierząt i grobów

Link 01.04.2009 :: 22:52 Komentuj (18)

Zajęcia z package designu zostały dziś odwołane, więc korzystając z wolnego dnia wybrałam się na spacer. Zajął mi 7 godzin :) Plan był taki, żeby pójść na Stare Miasto porobić portretowe zdjęcia Muzułmanom, ale wszystko wyszło inaczej. Dotarłam w zaplanowane miejsce i usiadłam na schodkach, na których drugim końcu siedział chłopak z mapą. Zapytał o mój obiektyw i tak zaczęliśmy rozmawiać. Jest z USA i nazywa się David. Jest po jakichś studiach artystycznych i medycznych. Nie przyjechał tu jako turysta, ale z pewną niezwykła misją. Razem z dużą grupą ludzi (około 100 osób) wybierają się do Gazy. Kilka miesięcy trwało zdobycie pozwolenia na to. Jadą tam, by jakoś pokazać mieszkańcom Gazy, że nie wszyscy na zewnątrz są wrogami i żeby jakoś ich otworzyć trochę i uspołecznić. Będą na przykład grać w piłkę z tamtejszymi dzieciakami. I będą też kręcić film o tym i w ogóle o sytuacji.

Zaprowadziłam go na dach Austrian Hospitz i tak zaczęła się wspólna, ponad pięciogodzinna wycieczka, w której byłam jako spec, znawca i przewodnik :) Próbowaliśmy się dostać na Wzgórze Świątynne, ale za niemuzułmaństwo nas nie wpuścili (nie to wejście i już nie ta godzina co trzeba), w co David nie wierzył, że tak będzie i chciał się koniecznie sam przekonać. W między czasie zostałam też zaproszona do baru na super humus, a potem na nieznane mi do tej pory świeże migdały, które się je w całości z zieloną skorupką i która jest taka zamszowa jak brzoskwinie. I nigdy w życiu bym nie wymyśliła, że potem z tego się robią normalne migdały. Potem ruszyliśmy poza Stare Miasto, no i wtedy udało się wreszcie coś, co mnie męczyło od początku pobytu!




Tak, wreszcie osobiście spotkałam się z tutejszymi kozami! To było na cmentarzu w Dolinie Jozafata. Skakały sobie wesoło po grobach. Te kozy tutaj są takie śmieszne i inne!




A japońscy turyści z tymi małymi aparacikami są po prostu wszędzie :)




Kóz było bardzo dużo, a wśród nich jedna malusieńka. Tak malusieńka, że nie nadążała za stadem, gdy panowie pasterze prowadzili je do domu i musiała być niesiona. Panowie i stado poszli, a my zostaliśmy, ale jedna koza (ta, która idzie za panem na zdjęciu) bardzo chciała żebyśmy też poszli i zatrzymała się, patrząc na nas i mecząc (wołając nas). Zerkała to na odchodzące stado, to na nas, ale w końcu poszła za rodziną.




Zwiedziliśmy dokładnie Dolinę Jozafata. To takie ładne miejsce, są piękne grobowce i ma tam nastąpić Sąd Ostateczny. Ale już na prawdę źle mi się kojarzy, bo zawsze są tam problemy z arabskimi chłopakami. Teraz zaczepiał nas nastolatek. Cały czas jeździł za nami rowerem i dawał do zrozumienia, że to jego teren. I po raz kolejny zaznałam tego bardzo niemiłego spojrzenia. Bo jestem dziewczyną. To takie bardzo mocne spojrzenie prosto w oczy, mówiące "jesteś śmieciem, najgorszym odpadem, gardzę tobą". To jest coś takiego, co nawet trudno sobie wyobrazić. Mówiłam wcześniej Davidowi o takim spojrzeniu i gdy ono nastąpiło, powiedział "faktycznie, zauważyłem to".

Potem wdrapaliśmy się na Górę Oliwną. "Kamienie Jerozolimy część 3":




To ponoć świetne miejsce na grób, bardzo dobrze być tam pochowanym. Ale niektórzy przesadzają i czekają tam na śmierć, będąc jeszcze w całkiem dobrej formie...




Na szczycie góry spotkaliśmy wielbłąda i arabskich chłopców, którzy mimo groźnych min byli całkiem mili i nawet się pośmialiśmy.




A to najbardziej kiczowate zdjęcie, jakie udało mi się do tej pory zrobić. Nazwę je "Pozdrowienia z Jerozolimy", bo tylko tego na nim brakuje... ;)




Bardzo fajny był cały ten dzień. David zostaje w Jerozolimie chyba do niedzieli, więc może jeszcze w weekend na jakąś wycieczkę się wybierzemy, bo dobry z niego kompan na takie wyprawy. I chyba jednak warto gadać z obcymi :)


Niedziela Palmowa

Link 05.04.2009 :: 15:43 Komentuj (8)

Dzisiaj jest Niedziela Palmowa. Poszłam na Stare Miasto zobaczyć, co się ciekawego w związku z tym dzieje i jak to tutaj wygląda. Wszyscy chrześcijanie chodzą dziś z prawdziwymi liśćmi palmy. Ta pani wtykała liście w to pęknięcie w kolumnie Bazyliki Grobu Pańskiego, żeby nabrały mocy.




Po raz kolejny zwiedziłam Bazylikę, a potem różne jej przyległości, o których wcześniej nie miałam pojęcia. I w taki sposób trafiłam do części etiopskiej i koptyjskiego kościoła królowej Heleny. Zupełnie inny klimat ma ta etiopska część. I mało turystów. I inna architektura. I jakoś biednie tak...




W tej części etiopskiej trafiłam w przedziwne miejsce. Wąskim korytarzykiem o niskim sklepieniu, tak wąskim, że trzeba było się dobrze pochylić żeby przejść, dotarłam do podziemnego jeziorka. Egipcjanin, który tam pracuje i bardzo chce wszystkich oprowadzać, zaprasza na kawę/herbatę i bardzo się szczyci tym, że jest chrześcijaninem, powiedział, że to woda deszczowa padająca na Bazylikę się tam zbiera. Ale tyle?? Nie wiem, w każdym razie cieszy mnie, że nazywa się to "Helen's cistern".




To wymarsz z Bazyliki przedstawicieli kościoła syryjskiego.




Nie mam pojęcia czego przedstawicielem jest ten pan. Może przedstawicielem Coca-Cola Company... ;)




Natknęłam się jeszcze na scenkę, która mnie bardzo oburzyła. Nie jestem specjalnie religijna, ale uważam, że takie pozowanie z krzyżem do zdjęcia to jednak pewne przegięcie...




Pesach na północy

Link 10.04.2009 :: 00:54 Komentuj (5)

Jest Pesach. Ada, Natasza i ja zostałyśmy zaproszone przez Szukiego na seder do jego domu rodzinnego w Givat Avni, na północy Izraela, pomiędzy Morzem Galilejskim a Nazaretem. Spędziłyśmy tam 2 dni i było na prawdę świetnie. Były wycieczki, wygłupy, śmieszna rodzina Szukiego, np. kuzyni wyglądający jak Arabowie, styl raczej ars, czyli żel na głowie i święcące buty. Ale okazali się bardzo mili. Natasza mówiła, że była o nas rozmowa po hebrajsku. Mama Szukiego powiedziała, że studiujemy na Bezalelu i że dużo czasu spędzamy u nich oglądając książki o sztuce, co Asi (kuzyn DJ) podsumował ze śmiechem "No tak, aszkenazi!".
No i była masa pysznego jedzenia, bardzo ważny aspekt tej wyprawy (no wiadomo, jak to ze jest studentami...). W dodatku na Pesach nie można jeść większości mącznych rzeczy i z zakwasem, więc właściwie wszystko było bezglutenowe. Wszystkie ciastka i inne pyszności, których normalnie bym jeść nie mogła, na ten tydzień przygotowywane są z innych składników, np mąki ziemniaczanej. Tak, to moje ulubione święto :D
Pierwszy raz obchodziłam Pesach w prawdziwy sposób. Dłuższy czas poszukiwałam bezglutenowej macy (żeby wszystko było jak należy, bo maca to chyba jedyna rzecz na Pesach, której jeść nie mogę) i w końcu udało mi się kupić taką w Mea Shearim (za kupę kasy...). Podczas sederu została nad nią odmówiona osobna modlitwa.

Cały dzień przed sederem spędziliśmy na wycieczkowaniu. Zaczęliśmy od nocnej wyprawy do źródła, w którym Ada, Natasza i Szuki się kąpali. Następnego dnia pojechaliśmy do najświętszego miejsca dla Druzów, związanego z prorokiem Jethro. Było dość egzotycznie.






Potem otoczyła mnie grupa Druzów i ich żon, myśleli że fotografowałam wewnątrz budynku, ale nie fotografowałam, więc mnie nie pożarli i puścili wolno.

Potem wspięliśmy się na górę Karnei Hitim, znajdującą się nad Druzami. To, co Szuki pokazuje, to miejsce, gdzie spotykają się 2 płyty tektoniczne - po prawej euroazjatycka, po lewej arabska.




A Izrael jest jednak taki zielony jak włosy syreny o świcie...




Potem objechaliśmy cały Kineret dookoła. Trochę sobie pobrodziłam (temperatura mw. taka jak w Bałtyku latem), fale były szalone.




Dzisiaj natomiast wybraliśmy się na Górę Tabor, gdzie kiedyś ponoć nastąpiło Przemienienie Pańskie.
A co mnie najbardziej zadziwiło? Zobaczyłam stamtąd okrągłe pola...




Poza tym nie mogłam się oderwać od paralotniarzy i lotniarzy.




Człowiek z glizdą:




Nie obyło się też bez typowych dla mnie przygód, jak zepsuty samochód, po ciemku, na przywitanie, gdy siostra Szukiego wyjechała po nas do pobliskiej miejscowości. Jak stłuczona kostka, gdy rzuciłam się z aparatem, żeby sfotografować jakiegoś drapieżnego ptaka. Jak stłuczone kolano, gdy skoczył ku mnie wielki i przerażający pies Tyson należący do kuzyna Szukiego (też zresztą Szukiego) i gdy w ostatniej chwili udało mi się wskoczyć na kamienną ścianę i uniknąć bliższego spotkania z zębami potwora. Muszę nawet nieskromnie powiedzieć, że zadziwił mnie mój refleks, bo to była po prostu sekunda i pies znalazł się w miejscu, w którym wcześniej stałam. Nie zostałam zjedzona, ale przez te potłuczenia mam uniemożliwione zakładanie nogi na nogę na 2 sposoby. Więc też dobrze nie jest. I coraz częściej dochodzę do wniosku, że albo ja przynoszę pecha, albo tarapaty mnie po prostu lubią. No ale cóż - nazwijmy to imieniem "przygody" ;)

Hag Sameach!


Wielkanoc w Bazylice Grobu Pańskiego

Link 12.04.2009 :: 23:37 Komentuj (4)

Po pierwsze, przyleciała do mnie Ela. Po drugie, do Ady przylecieli Kasper i Magda. W związku w tym jesteśmy silną polską grupą, która będzie dzielnie podróżować, gdzie się da! Na razie jednak kontynuuję temat świąt. Było już o Pesach, a ja tu równocześnie Wielkanoc obchodzę. W Wielki Piątek, Wielką Sobotę i Niedzielę Wielkanocną odwiedziłam Bazylikę Grobu Pańskiego. To w końcu ponoć tutaj wydarzyło się to wszystko.
To, co działo się w Bazylice, trudno opisać i nawet zdjęcia nie pokażą wszystkiego. Dużo różnych wyznań wkraczało do Bazyliki, odprawiało rytuały każdy na swój sposób, ale w tym samym czasie. Często miałam problemy z rozpoznaniem, kto jest kim. Jedni wychodzili z Grobu, zaraz wkraczali tam drudzy. Ci śpiewali, tamci walili w podłogę, jedni klękali, inni kręcili się w kółko... Jeden wielki bałagan, ale jaki efektowny! I na prawdę czułam pewne sacrum.
Obserwując któreś z obrządków pewnej religii, zapytałam ichniej zakonnicy, co to. Powiedziała: "Orthodox church". Za chwilę jeszcze do mnie podeszła uzupełniając odpowiedź: "Right church. Right church!". Aż dziwne, że jednak nie doszło do żadnej bójki (ponoć co roku się tłuką). Wydaje mi się, że to jest Grecki Ortodoksyjny Kościół. A ten pan to główny patriarcha w Jerozolimie.




To wciąż grekokatolicy i poprawianie czapy po wyjściu z Grobu:



Bardzo mi się podoba w prawosławiu, że pali się dużo świeczek. Świeczki i ogień zawsze są fajne.




Kościół Syryjski. Nie bardzo to rozumiem, ale oni chyba obchodzili wczoraj Palmową Sobotę...




Moim faworytem stał się Kościół Armeński. Nie widziałam jeszcze czegoś tak mistycznego i niesamowitego... Czułam nawet pewną grozę, bo oni wyglądali jak jakieś zgrupowanie magów, ewentualnie katów...








Potem poszłam za nimi do ich kaplicy, gdzie kontynuowali modły.




Dzisiaj z Elą i Martą dotarłyśmy do Bazyliki ok 8 rano. I teraz to było dopiero szalone, bo z jednej strony Grobu katolicy świętowali Zmartwychwstanie, a po drugiej prawosławni Niedzielę Palmową (w dodatku to drugie odprawiał niewidomy pop, w ciemnych okularach, prowadzony przez innych kapłanów). Ci drudzy na prawdę zagłuszali pierwszych, co chwilę wierni katoliccy byli rozpędzani, by prawosławna procesja mogła przejść.

Zobaczyłam w ciągu tych 3 dni dużo różnych obrządków i wyznań i muszę przyznać, że katolickie sprawy były zdecydowanie najmniej interesujące i efektowne. Ale niektórzy dobrze się w tym odnajdują.




Nasze śniadanie wielkanocne było super. Zjadłyśmy z Elą i Martą naszą święconkę na schodkach przed Bazyliką. W święconce znalazła się kiełbasa jałowcowa, która przyleciała do mnie z Polski, chleb, jajka, zatar, chińskie pomarańcze, krówka, czekoladowe jajko i bukszpan, który także doleciał z ojczyzny.




Potem pojechałyśmy z Elą obchodzić Zmartwychwstanie w Betlejem :) O naszych przygodach tam i o tym, gdzie stamtąd pojechałyśmy - w następnym wpisie.


Jerycho

Link 16.04.2009 :: 00:20 Komentuj (5)

Muszę trochę przyspieszyć z wpisami, bo dużo się dzieje i nie nadążam. W niedzielę pojechałyśmy z Elą do Betlejem, ale o tym będzie jakoś przy innej okazji. Postanowiłyśmy zostać na Zachodnim Brzegu i z Betlejem pojechałyśmy do Jerycha. Jerycho jest najstarszym miastem świata i jednocześnie najniżej położonym (270m poniżej poziomu morza). Spędziłyśmy tam tylko 3 godziny, bo musiałyśmy załapać się na ostatni powrotny autobus. Jerycho zachwyciło nas tak bardzo, że wybrałyśmy się tam wczoraj jeszcze raz i zostałyśmy na noc. Rano dołączyli do nas Kasper i Magda. Było świetnie!

To jest Monaster i miejsce, gdzie było kuszenie Jezusa przez szatana. Gdy w niedzielę byłyśmy tam z Elą, o mało nie zostałyśmy niechcący zamknięte tam na noc. I nawet żałowałyśmy, że tak się nie stało...




Wczoraj po południu zwiedziłyśmy wykopaliska archeologiczne Tell es-Sultan - pozostałości najstarszych siedlisk, nawet sprzed 11 000 lat...




Palestyna miło nas zaskoczyła. Mieszkańcy Jerycha okazali się przemili, niezwykle gościnni i pomocni. Stereotyp, w który głęboko wierzy wielu Izraelczyków (w tym moi współlokatorzy) okazał się zupełnie nie prawdziwy. Nie mieliśmy ani jednej niemiłej przygody. Oczywiście zagadywano nas na ulicy, bo byłyśmy dwiema dziewczynami bez męskiej opieki. Najpierw myślałyśmy, że każde "hey, where are you from?" wiąże się tylko i wyłącznie z tym, ale gdy dołączyli do nas Kasper i Magda, przywitania nie ustały i Kasper był tak samo zagadywany jak my. Nawet dziewczynki do nas machały. Chyba po prostu każdy "biały" stanowi tam pewną atrakcję. I tak było przy ruinach Hisham's Palace. Trafiliśmy tam na wycieczkę młodych Palestyńczyków. Gdy się tam pojawiliśmy, ruiny sprzed 1300 lat przestały kogokolwiek z nich obchodzić. Zaczęli nam robić zdjęcia, a potem ustawiła się kolejka, bo każdy z nich chciał mieć z nami zdjęcie. Ela była po prostu gwiazdą! :) Było wesoło, zaczęliśmy sobie żartować, że zaczynamy brać po 1 szeklu od zdjęcia ;) I cała ta sytuacja była bardzo śmieszna, chłopaki byli szczęśliwi, wcale na nas nie gwizdali i nie zachowywali się nieodpowiednio. Po prostu to my byliśmy zwiedzani, a nie ruiny pałacu. To cała zgraja:




Wspomniałam wcześniej o gościnności Palestyńczyków. Idąc drugi raz na Górę Kuszenia, spotkaliśmy pana z rowerem. Zagadał do nas, Kasper przejechał się jego rowerem i to wystarczyło, żeby pan nas zaprosił do swojego domu na herbatę, kawę i ciastka. Zaprosił nas do salonu, przyszła też prawie cała jego rodzina. Każdy z nich był dla nas bardzo miły, tylko ich angielski nie był najlepszy, więc dość trudno było jakoś konkretniej pogadać. To część rodziny (najbardziej zachwyciła nas Amal, dziewczyna z dzieckiem na ręku):




Gdy się snuliśmy po mieście, podszedł do nas super fajny pan imieniem Nasser. Zaprowadził nas do Drzewa Zachariasza, miło pogadał i zaprosił na później do baru, którego jest właścicielem.




Wracając ze zwiedzania, zahaczyliśmy o jego lokal. Zapaliliśmy z nim nargilę i przy okazji sporo się dowiedzieliśmy. Nasser ma też knajpę w Brooklinie, jego ojciec był burmistrzem Jerycha, na ścianie wisi zdjęcie tego ojca z Arafatem. Zapytaliśmy, ile mamy zapłacić za to palenie nargili i najpierw się z nas ponabijał, że przyjmuje tylko dolary i euro, potem że ok, mogą być szekle, ale 2000. A potem się uśmiał i powiedział, żeby mu przywieźć jakiś ładny prezent z Polski, jeżeli będziemy tu jeszcze kiedyś jechać. I dał nam swój numer telefonu.




Ciągle mieliśmy takie miłe sytuacje. Taxówkarz podwiózł nas za darmo, powiedział, że po prostu nas lubi, potem posiedział z nami przy fontannie, nakarmił figami.
Mamy też z Elą ulubionego sprzedawcę owoców. Trochę się w nim bujamy ;) Nasz sprzedawca jest bardzo fajny, młody i przystojny, za każdym razem dawał nam różne owoce za darmo. Kupowałyśmy tam kilka razy i w sumie za darmo dostałyśmy suszone banany, chyba z 8 świeżych bananów (nota bene najlepsze, jakie w życiu jadłam!) i grejpfruta. Dzisiaj też przez cały dzień nasz sprzedawca przechował nam duży plecak i nie chciał za to ani szekla. Oprócz tego mamy swój ulubiony sklep spożywczy, w którym też kilka razy kupowałyśmy i dostałam tam Colę w puszcze za darmo. Poza tym wszystko jest tam dużo tańsze niż w Izraelu. Jak dla mnie, to Jerycho to raj na ziemi! Przed naszym sklepem:




Jeszcze kilka takich luźnych zdjęć.








No i dość dużo jest tam akcentów dotyczących wyzwolenia Palestyny.




Oni też mają swoje rondo z palmą :)




To była najfajniejsza wycieczka podczas całego mojego pobytu tutaj. Bardzo mnie Jerycho zachwyciło i podoba mi się tutaj nawet bardziej, niż w Izraelu... Kilka podstawowych słów po arabsku, które umiem, od razu pozytywnie nastawiało ludzi do nas. Nabrałam wręcz ochoty, żeby pouczyć się arabskiego. W Izraelu też nie spotkałam tylu obcych, a tak miłych ludzi i bezinteresownych. Jasne, jest cała sprawa terroryzmu, którego akceptować nie można, w końcu mur został postawiony nie bez powodu, ale większość Palestyńczyków to normalni, sympatyczni ludzie. Teraz pracuję nad moimi współlokatorami, którzy patrzyli na mnie z przerażeniem, gdy mówiłam o moich planach odwiedzenia Jerycha i stanowczo odradzali wycieczki na Zachodni Brzeg. Amitai już wie, że Jerycho jest super. Guy dowie się niedługo. Lital pewnie przekonać się nie da, bo ona ma bardzo radykalne poglądy, twierdzi, że każdy Arab to terrorysta i że pierwszy raz słyszy, że kultura arabska jest interesująca, bo co tam może być interesującego. A poza tym nie odzywamy się do siebie od soboty. W każdym razie jak się myśli tak stereotypowo, to szansa na pokój i jakie takie współżycie, maleje. Trzeba coś z tym zrobić.


Co jest za strasznymi drzwiami?

Link 20.04.2009 :: 21:19 Komentuj (2)

Robimy teraz skok w tył do przedjerycha. Przed Jerychem byłyśmy z Elą w Betlejem, gdzie również spotkały nas wyłącznie miłe sytuacje. Niedaleko Bazyliki Narodzenia Pańskiego spotkałyśmy arabskiego chłopaka, z którym chwilę porozmawiałyśmy. Powiedział, że jest chrześcijaninem, że jego ojciec pracuje w Polsce i dzięki temu on także umie trochę mówić po polsku. Był w tym całkiem wiarygodny. Zapytałyśmy go, skąd odjeżdżają autobusy do Jerycha i on zaproponował, że nas podwiezie na dworzec. Oczywiście trochę spanikowałyśmy i powiedziałyśmy, że nie trzeba, damy sobie radę, wystarczy, że wytłumaczy. Powiedział, żeby się nie bać, że tu jest jego samochód, w środku jego żona. Że chrześcijanie powinni sobie pomagać. No i zgodziłyśmy się. On i żona odwieźli nas gdzie trzeba i załatwili, żeby kierowca busika nie zdarł z nas. Dał nam też swój numer, że gdybyśmy miały jakieś problemy, potrzebowały podwózki czy czegokolwiek, żebyśmy do niego dzwoniły. Powiedział jeszcze, że Jezus go przysłał, żeby nam pomógł...

Poza tym była przygoda ze strasznym domem. Tak wyglądał:




Straszny dom wyglądał niesamowicie, zostały z niego tylko ściany. Rozpadł się w przedziwny sposób. Schody zostały nietknięte.




Weszłam na te schody. Otworzyłam drzwi, a tam...




Nie wiem, czemu ten pies był tam przywiązany. Nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego. Nie miał tam też czego pilnować. Podzieliłam się z nim bezglutenową kanapką i odwiązałam... Pies szybko się zmył, my z Elą też, żeby nie oberwać od kogoś :)


Wielki błękit, wcale nie czerwień

Link 23.04.2009 :: 14:38 Komentuj (7)

Dwa ostatnie dni pobytu Eli w Izraelu postanowiłyśmy spędzić najświetniej, jak się da. Udało się :) Spontaniczna decyzja - jedziemy do Eilatu. Zobaczyć Morze Czerwone i popluskać się w nim. 5 godzin autobusem w jedną stronę, by spędzić tam popołudnie, noc i przedpołudnie. I kolejne 5 godzin na powrót do Jerozolimy. Nie żałujemy :) Nawet mimo tego, że w pierwszą stronę całą drogę musiałyśmy siedzieć na podłodze, bo nie było już miejsc.
Wysiadłyśmy z autobusu, temperatura 36*C.

Od razu spotkałyśmy coś takiego, że szczęka mi opadła i ledwo mogłam się pozbierać...




Ten Peugeot był cały z drewna, na zewnątrz, wewnątrz, wyposażony w przeróżne i przedziwne gadżety.




Najbardziej niesamowity był dach. Znajdowały się na nim malutkie zwierzątka, rosły prawdziwe rośliny i co najważniejsza, królował tam model 3 Świątyni Jerozolimskiej...




Siedziałyśmy sobie na schodach podziwiając ten wehikuł, gdy nagle pojawił się pan lat około 60, z siwymi pejsami, na pejsach miał spinki motylki, calutki ubrany na biało, w białym kapeluszu z napisem Eilat. I z drewnianym telefonem komórkowym na szyi...

- Jak dziewczyny, jedziecie ze mną? Jadę na plażę teraz, chcecie się zabrać?
- Ale... Ale to jeździ?!
- No jasne! To co, jedziecie czy zostajecie? Okazja ucieka!
- Jedziemy!!!!




Auto ma 47 lat. Na pytanie, czy pan Aaron zrobił je sam, padła odpowiedź, że Bóg mu je zesłał. Pojechaliśmy nad morze, tam na pomoście jego znajomi smażyli ryby, które godzinę wcześniej złowili. To były jedne z najlepszych ryb, jakie w życiu jadłyśmy!




Potem się pożegnałyśmy i ruszyłyśmy na poszukiwania miejsca na rozbicie namiotu. Dotarłyśmy na bezpłatną plażę i tam taxówkarz przekazał nas grupie hipisów, którzy stacjonują tam przez pół roku. Tak wyglądał ich namiot:




To takie otwarte miejsce, ciągle przewijają się tam różni ludzie, w każdym wieku. Są z Eilatu, więc to nas upewniło, że jesteśmy w dobrym miejscu, bo tubylcy na pewno wiedzą, gdzie jest najfajniej. I nie tak komercyjnie. Ci dla odmiany nakarmili nas kurczakiem z grilla. A wieczór spędziłyśmy w tym slamsopodobnym namiocie z 40-letnimi hipisami, pijąc piwo ;)

Morze Czerwone jest wspaniałe. Nigdy wcześniej nad nim nie byłam. Wcale nie jest czerwone, ale przepięknie błękitne, miejscami, granatowe, czasem fioletowe. Jego ogromną zaletą jest to, że żyją w nim kolorowe ryby i koralowce. Zanim poszłyśmy się kąpać, dostałyśmy rady od naszych hipisów:
"Pamiętajcie, wchodzić do wody możecie tylko do tego miejsca, potem musicie już płynąc, bo tam na dnie są ryby, z którymi wolałybyście się nie spotkać..."
(więc my przejść przez Morze Czerwone nie możemy... Trudno, to nie byłby już wyczyn, tylko dublowanie).

Pożyczyli nam maski i rurki do oddychania. To co tam zobaczyłam, było tak przecudownie piękne, że czułam totalną euforię i myślałam, że nic więcej już nie chcę i nie potrzebuję.

Niebiesko, pięknie, widoczność na wiele metrów. Dryfuję, rozglądam się dookoła. Niby cisza, ale podwodny świat też ma swoje dźwięki. Pode mną kamienie, pomiędzy nimi czarne jeżowce (lepiej nie dotykać!). Miejscami dostrzegam białe, różowe i niebieskie koralowce, nie za wielkie. Podpływają do mnie przeróżne kolorowe ryby, jedna piękniejsza od drugiej. Nagle pojawia się około półmetrowej wielkości najwspanialsza ryba, jaką widziałam. Jest fioletowa, płetwy oraz przestrzeń w okół oka mienią się na turkusowo. Tułów bliżej ogona ozdobiony jest fioletowymi rombami poprzedzielanymi turkusowymi liniami. Staram się porównać jej długość do mojej ręki. Na pewno jest dłuższa niż odległość od moich palców do łokcia. Płynę dalej, wpadam w ławicę setek żółto-niebieskich rybek. Chyba mnie lubią. Płynę, a one za mną. Żadna mnie nie wyprzedza. Skręcam w prawo, one za mną. W lewo - czemu by nie w lewo za mną? Mamusia? Szefowa? Poczułam się trochę jak Nemo ;) Wszystko tak fascynuje, czuję się bezpiecznie. Do momentu, gdy zauważam około dwumetrowej wysokości głaz porośnięty koralowcami tuż obok mnie. Panika, wychodzę na brzeg. Spanikowałam, że fale są dość silne i że co będzie, jak mnie zniosą jakoś na ten koralowiec. Pytam hipisów, co się stanie, jak się dotknie takiego.
- Nie umrzesz, ale możesz mieć rany i poparzenia. No i one mogą zginąć.
- O nie, to ja się boję!
- Nie bój się, tylko po prostu nie dotykaj.
Z powrotem w wielkim błękicie. Ale piękna ryba! Różowo-zielono-niebiesko-żółta! A jaki ma śmieszny kształt! O, a przy dnie taka szara, bardzo cieniutka i długa na około metr! I sam pyszczek ma około 30 cm! A może to jakaś ryba miecz? Ośmielam się podpłynąć do tych kilkumetrowych głazów z koralowcami - są niesamowite! Coraz więcej ich. Największy ma długość ok 7 metrów, wysokość 2-3 metry. Ma dziurę, przez którą przepływa ławica pomarańczowych rybek. Opływam dookoła. Czuję się jak w akwarium albo jak w filmie przyrodniczym. Nie wierzę, że widzę to na żywo! Zdarza mi się krzyknąć w wrażenia przez tę rurkę, przez którą oddycham. Wyrywają mi się czasem przekleństwa :) Ja tu mogę już zostać! Podpływam do kolejnych koralowców i nagle zaskakuje mnie obecność 2 czarnych sylwetek. Ha ha, spotkanie przy koralowcu z płetwonurkami :)

Starałam się jak najlepiej zapamiętać te obrazy, nie często będę miała taką okazję. Choć na pewno jeszcze zanim wrócę do Polski, chcę tam pojechać. Odwiedzę Aarona, odwiedzę hipisów, odwiedzę ryby. To była najfajniejsza wyprawa, w dodatku wszystko prawie trafiało się nam za darmo. Eilat jest na prawdę świetny. W dodatku widać z niego 4 kraje - Izrael, Jordanię, Egipt i Arabię Saudyjsą...

Tak sobie myślę, żeby trochę wzbogacać wpisy o muzykę izraelską/arabską (różnych gatunków). Zacznę od takiej, która jest tu chyba największym przebojem przez cały ostatni rok. Alma Zohar "Indian song".

ALMA ZOHAr-indian song


Znowu byłam niegrzeczna

Link 29.04.2009 :: 16:55 Komentuj (3)

Morze Martwe. En Gedi. Wyjazd w 8 osób. Spanie pod gołym niebem. Lubię spać pod gołym niebem. Nie wiedziałam, że woda w Morzu Martwym może być zimna. Może.

Dyptyk parasolowy:





Nocny spacer z Elą. Lubię nocne spacery z Elą.




Kolejny raz licho mnie podkusiło. Licho mnie lubi. Czemu by nie pójść na wschód słońca do rezerwatu En Gedi? Otwierają o 8? Wschód jest po 6. Zdążymy wejść i wyjść niezauważone. Ela i ja, skok przez takie przejście jak w metrze i jak w Shreku, gdy Osioł się przez nie przekręcił parę razy. Jest pięknie!






Zwierzęta rano są bardziej rozbrykane.




Okazało się, że rezerwat jest dużo większy, niż myślałam. Masa i Taglit prowadzą tylko do pewnego wodospadu i kąpią tam swym podopiecznych, a tym czasem dalej jest wiele kolejnych i nawet ładniejszych wodospadów.
Super, tyle zobaczyłyśmy i to za darmo. Gdybyśmy przyszło po 8, trzeba byłoby płacić po 18 szekli od osoby.
Wracamy.
- Dzień dobry. Nazywam się Cośtam Cośtam, jestem policjantem. (zamachał legitymacją) Jesteście nielegalnie na terenie rezerwatu, co uważane jest za złamanie prawa. Otwieramy dopiero o 8. Co tu robicie?
- Ojoj... Bo my chciałyśmy wschód słońca zobaczyć... My nie wiedziałyśmy, my nic złego...
- Przypominam, że jest to złamaniem prawa.
- Ojoj, bo my tylko... (o my biedne nieszczęśniczki, och jakie smutne miny mamy! Będzie mandat czy nie będzie?)
- Dobrze. Następnym razem proszę czytać znaki i informacje. Miłego dnia.



Wspinaczka na Masadę. To jedno z najciekawszych miejsc w Izraelu. Warto poczytać o Masadzie. A najbardziej warto się tam wybrać po prostu. Na Masadzie znajdują się ruiny zabudowań twierdzy Heroda.




Z góry widać pozostałości obozu rzymskiego. Rzymianie wtedy chcieli zdobyć Masadę, ale nie było tam podejścia. Lata zajęło im usypanie stoku, po którym by mogli dorwać Heroda i jego wojsko. Jak już się tam wdrapali, to całe miasto popełniło samobójstwo, by tylko nie oddać się w niewolę.




Widok na Morze Martwe.




Oprócz widoków i Heroda zajmowało mnie tam fotografowanie ptaków i jakiejś ich naparzanki o jedzenie, które Ada im rzucała.




Ponoć świńska grypa zawitała już w Izraelu. Niektórzy się tym denerwują. A mnie śmieszy strasznie, bo tutaj uznano, że świnia jest niekoszerna i zmieniono nazwę tej grypy na meksykańską...



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl