photo 1-1.jpg

Miriam w krainie czarów

Link 03.05.2009 :: 12:50 Komentuj (1)

Świętowaliśmy wczoraj 22 urodziny Miriam. Jako że Miriam jest wegetarianką, zrobiłyśmy z Adą dla niej specjalny tort.




To miała być impreza niespodzianka, więc przez cały dzień prawie każdy udawał, że nie pamięta o jej urodzinach. O 20 Natasza poszła do pokoju Miriam. Miriam siedziała w swoim pokoju, po ciemku, raczej smutna.
- Hej Miriam.
- O, hej. Wiesz, tak sobie myślę, żeby może pójść do sklepu i kupić wino.
- Ale teraz? Po co?
- A, bo dziś są moje urodziny. Fajnie byłoby tak usiąść z Wami razem.
- Ojej!! To dzisiaj?! Myślałam, że Twoje urodziny są jutro! To ja z Tobą pójdę do sklepu, tylko za parę minut.

Natasza poszła, minęło kilka minut, dzwoni do Miriam telefon. Numer nieznany (zatrudniliśmy statystkę).
- Halo?
- Czy to Alicja?
- Nie, Miriam.
- Nie nie, powiedziano mi, że to numer Alicji z Krainy Czarów.
- Co??
- Za 20 minut masz się pojawić na parterze w stroju Alicji z Krainy Czarów.

Po 20 minutach Miriam pojawiła się w stroju Alicji (wiedzieliśmy, że taki strój ma i że jej marzeniem było pójść na imprezę w tym stroju). Na dole czekała na Miriam obca dziewczyna, zawiązała jej oczy i przyprowadziła do nas. My tam na nią czekaliśmy też poprzebierani.
Natasza za Marchewkę:




Ada za myszkę:




Ari za zebrę:




Ja za szeryfa:




Miriam i dmuchanie świeczek na torcie-jeżu kapuścianym.




Było bardzo fajnie, choć nie wszyscy, którzy powinni, się pojawili.
Próba konsumpcji kapuchy (Eva i Miriam):




Potem zrobiłyśmy sobie z Evą sesję zdjęciową.




Zawsze to ja robię zdjęcia, a mi nikt. No i tym razem zamieniłyśmy się z Evą rolami. Ależ miałam frajdę! A z Evy to całkiem niezły fotograf. I warte podkreślenia jest to, że ona ma 18 lat, nigdy nie uczyła się fotografować, posiada tylko małpkę cyfrową, a jednak z moim aparatem i kompozycją radzi sobie świetnie!
Tutaj owoce tej sesji:




(W)kurzawa

Link 04.05.2009 :: 14:36 Komentuj (6)

Normalnie, gdy idę do szkoły, to mam taki widok.




I coś się porobiło, że jest tak:




Wszędzie unosi się ograniczający widoczność pył znad pustyni, więc powietrze jest ciężkie, a do tego temperatura wynosi 30 stopni, mimo że nie ma słońca. Trudno jest oddychać, czasem nawet musiałam łykać powietrze. Myślałam, że nie dojdę dziś do szkoły. A jutro ma to wszystko minąć i będzie 15 stopni... W Polsce zapewne piękny maj, zielono i wszystko kwitnie?


Nie śpij! Helikopter pod Twoim oknem!

Link 07.05.2009 :: 10:14 Komentuj (10)

Nie zamawiałam dziś budzenia, szczególnie przez helikopter. A jednak trafiło mi się.
Helikopter, największy jaki w życiu widziałam, wylądował rano na szpitalnym lądowisku. To jest bardzo blisko. Myślę, że może ze 200-300m od akademików.




Wyszło z niego około 10 osób, w tym wystrojona pani w okularach słonecznych. Postali, pogadali z kimś. W międzyczasie ponad 20 policjantów weszło do helikoptera, pobyło tam może 5 minut, po czym z niego wyszło.




Ekipa z wystrojoną panią wsiadła do helikoptera i odleciała.

To nie jest WTC, ale budynek nr 1 naszych akademików i ten obiekt latający nie próbował się w niego wbić, choć tak to może wyglądać.




Cała ta akcja wiąże się z pewnym wydarzeniem, które nastąpi w przyszłym tygodniu i mam nadzieję, że uda mi się co nieco uchwycić moim aparatem. Ale na razie nie powiem, o co chodzi (a jak ktoś wie, niech nie zdradza).


Link 09.05.2009 :: 23:26 Komentuj (2)

Aktywny wypoczynek jest fajny. Ale nie aktywny też jest fajny i taki właśnie miałam w ten weekend. Pojechaliśmy z moimi kolegami i koleżankami z Masy poplażować nad Morze Śródziemne. Wybraliśmy nowe dla nas miejsce między Aszdodem a Aszkelonem. Było fajnie, choć jeśli chodzi o pogodę, to mieliśmy raczej polskie lato. Kąpałam się raz, woda jeszcze jak w naszym Morzu Bałtyckim. Ale za to była taka masa muszli, że nie nie mogłam się opanować od ich zbierania. Potem powtarzałam sobie "no dobra, będę zbierać tylko takie naj najpiękniejsze!". Oczywiście okazywało się, że co trzecia to jest ta najpiękniejsza... I skutek tego taki, że przywiozłam ich chyba ze 2kg :)




Lubię samotne spacery, mogę wtedy spokojnie spędzać 15 minut fotografując jakiś śmieć czy idąc 5 metrów na 10 minut. I miałam takie swoje malutkie przygody. Na przykład zeszłam z plaży na takie malutkie wydmy i znalazłam super szkielet. "Łoooo to na pewno dinozaur!!!". Potem pomyślałam, że to może jednak wielbłąd, ale na to pytanie nie znam prawdziwej odpowiedzi.




Znalazłam też martwą kałamarnicę. I dużo czegoś takiego co one mają w środku. Takie białe, w kształcie elipsy, łamie się jak styropian. Pan wędkarz mi wytłumaczył co to. (Tam się w morzu wędkuje, a na haczyk nabija się krewetki.)




Były próby chodzenia po linie:




Był chłopak, co ma w buzi różne instrumenty i "zaśpiewał" nam bity, które w dodatku umiał użyć jednocześnie jako podkład do swojego śpiewu. Trąbką też umie być. Ale perkusja robiła największe wrażenie. Jest z USA i jest tam w zespole, który cały polega na tworzeniu muzyki tylko i wyłącznie buzią.




Najfajniejsze było dzisiejsze gotowanie. To, co tu widać, to kapusta z rzodkiewkami, cebulą, czosnkiem, wszystko posolone i polane sosem. Tak, zjedliśmy to, było całkiem niezłe!




W nocy znowu zrobiłyśmy z Evą sesję fotograficzną. Takie efekty:









Znowu śniło mi się bombardowanie mojego domu w Polsce i okolic przez samoloty izraelskie. To już chyba 4 raz. Nie wiem o co chodzi... Może tym razem dlatego, że byliśmy już dość blisko Gazy (około 20km).
Dziś poznałam na plaży chłopaka z Aszkelonu, który mi opowiadał, jak to jest, gdy zabrzmi alarm, bo jakaś rakieta leci z Gazy.
"Biorę prysznic. Alarm. Mam kilka sekund, żeby dotrzeć do schronu. Wyskakuję w ręczniku. W bunkrze nasłuchuję, kiedy będzie wybuch. Czasem 1, czasem 3. Zależy. Jak już wybuchnie co ma wybuchnąć, to wracam pod prysznic. I wszystko wraca do normy. O ile to nie trafiło w mój dom."


Wielkie lądowanie

Link 11.05.2009 :: 14:03 Komentuj (10)

Wokół akademika od rana dużo się działo, co zapowiadałam we wpisie helikopterowym. Setki żołnierzy, policja, ochrona, zamknięta ulica, nie można było wejść ani wyjść z akademików przez półtorej godziny. W zeszłym tygodniu ponoć sprawdzano, kto mieszka w apartamentach na najwyższych piętrach, w pokojach z widokiem na lądowisko dla helikopterów.




Dachy wszystkich budynków akademika także były obstawione wojskiem.




Helikoptery latały non stop. Nadlatywały z Jordanii, wysadzały ludzi na lądowisku i odlatywały tuż nad moim budynkiem. Z jednego z nich żołnierz pomachał mi i Guyowi :)




W końcu gdy wylądował ten właściwy, trzeci z kolei helikopter, nastąpiło rozwinięcie czerwonego dywanu.




Z brzucha maszyny wysiadł papież Benedykt XVI we własnej osobie, otoczony prawie szczelnie ochroniarzami.




Próbowałam dostać się do grupy witających go, na co nadzieje dali mi żołnierze, ale nie udało się. Powiedziano mi, że jak nie jestem z prasy ani nie jestem z grupą, to nie mam szans na wejście. Myślałam, że jakoś uda się dostać blisko, bo ochroniarz przetrzymał mnie dobre 20 min, zanim padło kategoryczne "NIE!". Zwykły studenciak nie może spotkać papieża. Trudno. Ale zobaczenie papieża z okna własnego pokoju też jest nie najgorsze :)

Zdenerwował mnie ten typowy dla Izraela i wręcz przysłowiowy balagan. Każdy żołnierz mówił co innego. Jak już byłam w swoim pokoju i patrzyłam przez okno, to jeden żołnierz krzyczał do mnie z dołu, że mam zamknąć okno. Zamknęłam na chwilę, gdy sobie poszedł, to otworzyłam z powrotem. Potem zaczęłam rozmawiać przez okno z żołnierzami, którzy stali na dachu sąsiedniego budynku. Pośmialiśmy się, nie kazali mi zamykać okna ani nic takiego. Zażartowali coś o kawie i tak wyszło, że w końcu żarty przerodziły się w rzeczywistość :)

Żołnierz po lewej to Bezalel (ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, jego zresztą też jak powiedziałam, że moja szkoła tak samo się nazywa), a po prawej to Rafael.




Wesoło było, pogadaliśmy trochę po hebrajsku, trochę po angielsku. Potem koledzy zostali wezwani z powrotem do roboty. Jeszcze jedno ich zdjęcie.




Chciałabym wstawić więcej zdjęć helikopterów, ale nie chcę, żeby się zrobiło monotonnie na blogu ;) Strasznie mnie ostatnio kręcą helikoptery, chciałabym kiedyś polecieć jakimś!

Z innej beczki:
1. wczoraj wielkie szczęście było, bo usłyszałam w izraelskim radiu Myslovitz "Długość dźwięku samotności" w wersji angielskiej. :D
2. Lital się wyprowadziła! Wielka radość w naszym mieszkaniu, zupełnie zmieniła się atmosfera i chyba jutro zrobimy imprezę z tego powodu. Wcześniej internet był na nią, więc wyprowadzając się, zlikwidowała. Teraz założyliśmy własny i Guy nazwał go "Pope Rulez!" :D


Bezalel Dead Sea trip

Link 14.05.2009 :: 21:01 Komentuj (10)

Mój wydział jest najfajniejszy ze wszystkich na Bezalelu i zapewnia nam dużo atrakcji. Tym razem mieliśmy dwudniowy wyjazd nad Morze Martwe, a tam różne warsztaty i imprezowanie.

Dzięki temu wyjazdowi przybyło mi kilka umiejętności, na przykład jak zrobić hamak. Najbardziej podobało mi się jednak strzelanie z łuku i ku mojemu i moich kolegów zdumieniu, okazałam się w tym całkiem dobra. Nawet 2 razy trafiłam w środek tarczy!




Ori. A ta strzała też jakoś całkiem dobrze trafiła.




Był pan, który robi różne wynalazki i urządzenia, bardzo znany w Izraelu. Jego wytwory wykorzystywane są w filmach i reklamach. Uczył nas między innymi strzelania kartami do tarczy. Sam strzelał też w niebo płytami CD, ziemniakami, butelkami z wodą. Procę do strzelania kartami mam, po moim powrocie możemy się bawić.




Dużo radości sprawiło mi robienie zwierzątek ze szkła. To było na prawdę super i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mieć okazję pobawić się z tym.




A tak wygląda to, co zrobiłam - smok i słonik (no dobra, może nie są za piękne, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłam...):




Były też inne rozrywki i warsztaty np. siatkówka, robienie koszyków, odlewy z aluminium, rakiety z butelek plastikowych, latawce, pilates, walki na noże i miecze i wiele innych, ale nie było możliwości wziąć udziału we wszystkim.




Wczoraj spędziłam 3 godziny w tej oleistej i słonej wodzie, cała utaplana w błocie, które ponoć bardzo jest zdrowe. Kąpałam się też w nocy i dzisiaj, dużo radości jest z tego dryfowania.




A jutro chyba jadę spać na pustyni...


Pustynia ciężka sprawa

Link 17.05.2009 :: 23:46 Komentuj (12)

Jak zapowiadałam w poprzednim wpisie, noc z piątku na sobotę spędziłam na pustyni Negev. Wyprawa była w towarzystwie Marty i Kanadyjczyka Żaą Filipa (po francuski i w skrócie nazywany JP).
Pojechaliśmy do Sde Boker - kibucu Ben Guriona, ok. 50km na południe od Beer Shevy. Tam byliśmy umówieni z chłopakiem, który studiuje w tym kibucu i nikt z nas go nie znał (znajomy znajomego JP). Chłopak, prawdziwy podróżnik, nakarmił nas, zaopatrzył w mapę, mnie w lepszy plecak, wytłumaczył, gdzie pójść i co zobaczyć. Był już wieczór, poszliśmy na pobliski camping, już na pustyni. Spotkaliśmy po drodze strażnika, zapytał gdzie i po co idziemy. Spać na camping. Okazało się, że dużo tam ludzi, muzyka, grill. Nie tego szukaliśmy. Znaleźliśmy sobie zaciszne miejsce między jakimiś górkami, rosły też tam krzaki, bo to jakaś chyba pradolina rzeki. Byliśmy więc dobrze ukryci. Słyszeliśmy auto strażnika szukającego nas, ale byliśmy sprytniejsi i nas nie znalazł. Rano spotkaliśmy go. Zapytał nas, gdzie spaliśmy i czemu nie tam, gdzie nam powiedział. Trochę nakłamaliśmy, że wróciliśmy do kibucu, bo za dużo ludzi było i jakoś nam to uszło. Choć szczerze mówiąc w nocy byłam prawie pewna, że nas złapią i wlepią mandat. Znam już moje szczęście...

O 6:30 ruszyliśmy wgłąb pustyni. Było pięknie!




Na szczycie jednej z takich gór zjedliśmy śniadanie. Taki piknik na wiszącej skale. Ruszyliśmy dalej. Było wysoko, a ja mam lekki lęk wysokości, więc czasem trochę mi się kręciło w głowie.




Trafiliśmy na osadę Beduinów, ale chyba wszyscy jeszcze spali. Oni tam zarabiają na głodnych i śpiących turystach, oferując im humus i spanie na materacach pod wiatą ze szmat. Super była tabliczka. Napisane na niej było coś w rodzaju "zapraszamy", ale po arabsku hebrajskimi literami...




Ciągle napotykaliśmy super jaszczurki. Próbowałam z nimi rozmawiać i wołać je słowami "come to me sweety", ale one jakoś nie słuchały. Zapewne, jak słusznie zauważył JP, one mówią tylko po arabsku, ale hebrajskimi literami...

Naszym celem był strumień, coś w rodzaju oazy. Po 2 godzinach dotarliśmy tam. Woda była lodowata, ale jaka to była frajda tam wskoczyć!






Spotkaliśmy tam też szaloną trzyosobowa ekipę. Wybrali się na pustynię tylko z wódką i haszyszem. Zostawiliśmy im butelkę wody.
Wróciliśmy inną drogą, dłuższą, ale po płaskim, bez żadnych wspinaczek. Ale ale. Była godzina 12, ponad 35*C i ani śladu cienia. Woda do picia była już gorąca jak zupa. Miałam duży plecak, ubiór i obuwie raczej nie na pustynię (zupełnie nie spodziewałam się tego typu wycieczki). Myślałam, że umrę. Że po prostu padnę. O mało się nie porzygałam z gorąca. Nie wiedziałam, że organizm może tak reagować na wysoką temperaturę.
Dotarliśmy jakoś do miejsca, z którego wystartowaliśmy, ale to nie był koniec wycieczki. Dalej poszliśmy do Parku Narodowego. Był na prawdę bardzo ładny. I jakieś takie kozice łaziły. I zimna pitna woda w kranikach była...




W sumie ta przechadzka zajęła nam 9 godzin. Przetrwałam, moje czeszki też. Dziś rano nie mogłam chodzić, tak miałam spuchnięte stopy. No ale przynajmniej wiem, co to na prawdę jest pustynia... :) I że Mojżesz i jego ludzie mieli na prawdę ciężko, skoro spędzili tak 40 lat. Dobrzy byli. Twardzi. Ja po jednym dniu chciałam paść na kolana przed cielcem.

Tak się rośnie na pustyni.




I na zakończenie takie coś z dnia poprzedniego. Spotkaliśmy arabskiego chłopaka pasącego stado wielbłądów. Młodzieniec był w porządku, nakarmiłam go bananem (chłopaka, nie wielbłąda).




I jeszcze kilka słów wyjaśnienia, bo moja rodzina myśli, że ja się wcale uczę, więc pewnie nie tylko oni tak myślą. Uczę się, po prostu nie publikuję tu tego, bo albo jest nieskończone, ale nie na tyle dobre, żeby pokazać. Teraz zajmuję się stołem z drewna z elementami szkła i papieru (przekrój przez stół prababci), stołkiem na 20 rocznicę obalenia komunizmu, opakowaniem na T-shirt dla Noego lub Ilana Ramona (jeszcze nie wiem, na co się zdecyduję), reklamą ambientową dla śmietników recyclingowych na Bezalelu i reklamą ambientową centrum gimnastycznego i jeszcze robię ilustracje o wyroczni w górach...


Logotypy

Link 23.05.2009 :: 11:35 Komentuj (8)

Dzisiaj temat bardziej z mojej branży, projektowy.
Jestem w kraju, w którym używa się trzech alfabetów - hebrajskiego, arabskiego i "normalnego". Bardzo fascynuje mnie, jak niektóre z firm adaptują swoje logotypy. Niby tak duża zmiana, jak zmiana alfabetu, okazuje się wcale nie taka istotna, bo loga te są nadal łatwo rozpoznawalne.
No to może mały konkurs na rozpoznanie? Z zabawy wyłączone są osoby znające alfabet hebrajski bądź arabski, bo wtedy to żadna sztuka.

Konkurs rozwiązany, wszystko momentalnie odgadła JaMajka. Ale jako że może ktoś chce sobie jeszcze pozgadywać, to odpowiedzi umieszczam dopiero na końcu wpisu pod wszystkimi logotypami.

1. ... (1a. po lewej wersja hebrajska, 1b. po prawej arabska)




2. ... (2a. po lewej wersja hebrajska, 2b. po prawej arabska) Ta sama marka, dwa różne produkty. Myślę, że można podać konkretnie nazwę produktu.




3. ... (wersja hebrajska)




4. ... (wersja hebrajska)




5. ... (wersja hebrajska)




6. ... (wersja hebrajska)




Odpowiedzi:
1. Sprite 2a. Coca-Cola Lemon 2b. Coca-Cola Zero 3. Fanta 4. Colgate Herbal Propolis 5. Aquafresh 6. Elmex



Arka Noego

Link 26.05.2009 :: 21:16 Komentuj (6)

Ciężkie czasy nastały. Za trzy tygodnie jest obrona projektów, a ja jestem całkiem w lesie. Tak na prawdę czuję się, jakby semestr się dopiero zaczynał, a tu takie rzeczy! W niedzielę nie mam zajęć, bo to dzień na przedmioty teoretyczne, w których z racji nieznajomości hebrajskiego nie uczestniczę. Ale i tak poszłam do szkoły robić model imitacyjny na wczorajszą prezentację i spędziłam tam 12 godzin, aż do godziny 23. I teraz chyba będzie tak często.

A teraz prezentacja mojego projektu z kursu opakowań. Trzeba było wybrać jakiegoś izraelskiego bohatera (mógł być pozytywny lub negatywny), zaprojektować grafikę na T-shirt, która jakoś będzie tę postać określać, a następnie zaprojektować opakowanie na tę koszulkę.
Mój bohater to Noe (nikt tu nie rozumie o co mi chodzi, jak mówię Noe, bo dla Izraelczyków to Noah).
Koszulka jest w oczka zwierząt, po 2 pary - samca i samicy.




Opakowanie koszulka stanowi sama dla siebie, ale złożona jak origami w arkę. Męczyłam się z tym trochę, bo musiałam nakrochmalić, żeby materiał był sztywny, a potem suszyć suszarką rozpłaszczone na podłodze, bom biedne dziecko bez żelazka. Zresztą też bez suszarki, ale pożyczyłam.




Do kraju tego...

Link 30.05.2009 :: 15:06 Komentuj (6)

Od trzech dni siedzę w domu i rozrysowuję połączenia w moim stole. Myślę, jak go skonstruować, żeby się trzymał stabilnie. W międzyczasie był długi weekend i święto Szawuot, którego ani troszkę nie obeszłam i nawet się nie zainteresowałam, bo cały czas pracuję nad moim meblem. Masa roboty jakoś tak mnie dobija, i jeszcze różne problemy z różnymi znajomymi. Aż wczoraj jakoś mi nerwy puściły i cały dzień byłam jakaś taka rozbita. Ale wieczorem Marta mnie wyleczyła całkowicie, bo przyniosła "Chłopaki nie płaczą" i we trzy (bo jeszcze Ada), obejrzałyśmy sobie (ja już chyba po raz 20), pijąc piwo i jedząc Bambę. "Chłopaki nie płaczą" to najlepszy film i pomaga na wszystko!
No i w niedzielę pójdziemy na karaoke - to też zawsze na wszystko pomaga! :D
Coraz bardziej czuję, że czas wracać do Polski. Tam tak zielono, pachnąco, owocowo. Jeziora, lasy, mój rower. Tylko ponoć deszcze...

Dawno nie robiłam sobie wycieczek po Jerozolimie, ale mam tyle zdjęć z wcześniejszych, że i na teraz coś się znajdzie. Pokazywałam już kilka zdjęć z części etiopskiej, ale tu jeszcze fotografie z tamtejszymi mieszkańcami:










Buliki hurtowo

Link 31.05.2009 :: 22:13 Komentuj (5)

Bardzo zapuściłam się w kwestii Bulików, ale teraz to nadrabiam. W ostatnim czasie przyszło do mnie bardzo dużo zdjęć tych najwspanialszych aut świata i teraz, hurtowo, wstawiłam je do mojej Galerii Bulikowej. To nie byle jaka dostawa, bo aż 15 okazów!!! Zachęcam wszystkich do obejrzenia ich. A tutaj, jako przynęta, kilka najciekawszych:

Typ indiański (padłam jak go zobaczyłam...) nadesłany przez Pana Cygaro.




Największa ruina świata nadesłana przez Mikołaja.




Jedyny T1 z tej porcji, z Tel Avivu, ale wcale nie przeze mnie upolowany, a przez Maję.




I na koniec wypatrzony przeze mnie w Jerychu T2, model jakiego w Polsce nigdy jeszcze nie spotkałam, a tu już 3 razy.




Dziękuję także Cyberkotowi, Tacie Pana Cygaro i Marcie. Tak trzymać!
Jeszcze raz zapraszam do Galerii, warto docenić te pościgi za Bulikami :)



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl