photo 1-1.jpg

Podbijam Jordanię!

Link 02.07.2009 :: 23:19 Komentuj (4)

Postanowiłam na krótko wyskoczyć z Izraela i razem z Martą i jej koleżanką Sandrą zdobywałyśmy Jordanię. Naszym celem była Petra - skalne miasto Nabatejczyków z 3 wieku p.n.e., jeden z nowych siedmiu cudów świata.




Najpierw pojechałyśmy do Eilatu, stamtąd do granicy, parę minut i już byłyśmy w Jordanii.
Całe to skalne miasto było niesamowite i ogromne. Łaziłyśmy tam 11 godzin, a i tak wszystkiego nie zobaczyłyśmy...
Trasa zaczynała się wąskim wąwozem, długim na jakieś pół kilometra albo i więcej.




W tym miejscu kręcony był Indiana Jones i ta budowla grała tam schronienie dla Świętego Graala (ale nie oglądałam).




Niedaleko stamtąd można zobaczyć na przykład taki amfiteatr:




Nie wszędzie przygotowane były wejścia, ale wszędzie można było wejść. To zależało tylko od samozaparcia i zdolności wspinaczkowych. Marta skakała po tych skałach jak kozica jakaś, ja to różnie - to znaczy wdrapywałam się, ale gorzej było ze schodzeniem ("noga w lewo! I trochę w dół! No! Już prawie, prawie!").




Wchodziłyśmy w różne dziwne dziury i było fajnie.






Czasem zdarzały się na prawdę męczące wędrówki na wysokie szczyty. I jak na to, że miewam lęk wysokości, to spisałam się świetnie! Nawet tak sobie nogami machałam...




W całej Petrze właściwie władzę sprawują Beduini. Z kilkoma z nich rozmawiałam i okazali się na prawdę super. Jeden z nich opowiadał, że jest ich 25 rodzin, z których część mieszka w jaskini, a część pod namiotami w "małej Petrze". Żyją z turystów, wożąc ich na osiołkach, wielbłądach, sprzedając pamiątki i picie.






To był mój Beduin. Parę razy z nim rozmawiałam, a potem, jak już pod koniec naszej wycieczki schodziłyśmy z największej góry, gdzie znajduje się Monaster, podjechał do mnie na ośle i zapytał, czy chcę z nim jechać na dół. Powiedziałam, że nie, nie mam pieniędzy. Pan że jakie pieniądze, on nie chce pieniędzy, po prostu jedzie w dół, więc może mnie przy okazji zabrać. No więc jazda! Wpakowałam się na tego osła razem z nim i skakaliśmy tak po schodach, że myślałam że spadnę. Pan okazał się bardzo fajny, nawet młodszy o rok ode mnie. Imię: Sami. Nickname: Caveman. Jak tak jechaliśmy na ośle, to Caveman śpiewał mi "Don't worry, be happy" i prawił różne mądrości na temat bania się. No i ma rację, jak ktoś się boi gadać z ludźmi i w ogóle wszystkiego się boi, to niech lepiej zostanie w domu. Nawet dostałam jego numer telefonu, bo że jakaś beduińska impreza i barbekju i żeby przyjść, ale na to już odwagi to nie miałyśmy...




W autobusie od podgranicznej Akkaby do Wadi Musa, gdzie nocowałyśmy, poznałyśmy Beduinkę Manal. Bardzo była sympatyczna, sporo z nami rozmawiała. Powiedziała, że blisko Monasteru ma sklepik i żebyśmy przyszły do niej na herbatę. Gdy w końcu tam dotarłyśmy, poznałyśmy tam część jej rodziny. Napiliśmy się wszyscy razem herbaty i było miło. Nawet dostałyśmy zaproszenie na spanie w ich namiocie, ale wszystkie nasze rzeczy zostały w hostelu, więc musiałyśmy tam jednak wrócić i spędzić noc. No trudno, może następnym razem.




Ja w ogóle jakoś się zakumplowałam z tymi Beduinami. Kupiłam niedawno kefiję, więc ją sobie zawinęłam na głowie, bo słońce grzało tak że ho ho. Myślałam, że jestem już prawdziwym Beduinem.




Ale ale. Najprzystojniejszy Beduin świata zawiązał mi ją później na nowo, jak należy, po beduińsku. Już teraz sama też tak umiem wiązać. Po czym on i jego kumple uznali, że teraz to na prawdę ze mnie Beduin. Rzekłam im na to, że w takim razie powinni mi nadać imię. Nadali. Łarda - oznacza Róża. No i mam taki plan, żeby dołączyć kiedyś do ich bandy. Byłoby super!


Na tej górze, na której był Monaster, był piękny view. Dobrze oznaczony. Żeby nie było tak, że ktoś nie zauważy.




Taki był view. Widać było nawet Morze Martwe i Zachodni Brzeg.




Ciąg dalszy nastąpi...


Największe zaskoczenie życia

Link 05.07.2009 :: 09:19 Komentuj (13)

Ciąg dalszy o wyprawie do Jordanii nastąpi, ale jeszcze nie teraz. Teraz coś innego.
Mam sporo przygód. Rozumiem, że one się trafiają, bo pcham się w różne dziwne miejsca. Parę razy słyszałam też, że dlatego że się uśmiecham i ponoć sprzymierzam sobie tym ludzi. Ale ja nadal twierdzę, że to przygody same do mnie przychodzą. Bo tego, o czym teraz napiszę, ani nie zamawiałam, ani nie wyłaziłam, ani nie wyuśmiechałam.

I ciągle nie mogę w to uwierzyć!!!




Szłam sobie wieczorem w Tel Avivie z moim bratem ciotecznym Dawidem. Zaczepiła nas dziewczyna, czy szukamy fajnego miejsca z piwem, wręczyła ulotki, a ja prawie fiknęłam z wrażenia. I jeszcze za te karnety, co nam dała, dostaliśmy po darmowym piwie.
W barze podeszła do nas właścicielka i powiedziałam jej wszystko - że bar nazywa się moim imieniem, a Bulik to mój ukochany samochód. Że zbieram zdjęcia Bulików i mam galerię w internecie. Za to dostałam jakieś gadżety reklamowe i taką oto ogromną naklejkę! :D




Trochę sobie pogadałam z tą panią właścicielką. Powiedziała, że za 2 tyg wybiera się do Polski na wycieczkę do Białowieży oglądać Żubry. :)
Zapytałam jej jeszcze, dlaczego bar nazywa się akurat Helena. Powiedziała, że jest ich 5 współwłaścicieli i to był ich jakiś taki żart, że nikt się nie nazywa Helena.

I jeszcze widok zewnętrza i hebrajska wersja logo:




I niech mi ktoś powie - jaka jest szansa, że bar będzie Bulikowy i jeszcze nazywał się Helena? I że ja na niego trafię, w dodatku na tydzień przed powrotem do Polski? Niech ktoś to wyliczy, bo ja już nie pamiętam dużo z matematyki i rachunku prawdopodobieństwa...

A może to jakiś znak?..


Hebron

Link 08.07.2009 :: 18:54 Komentuj (5)

Ostatnia moja wycieczka przedwyjazdowa. Ostatnia wizyta na Bezalelu. Chyba ostatni spacer na Stare Miasto. Ostatnie za tym pobytem. Bo nie w ogóle. Na pewno.
Dzisiaj jest moja impreza pożegnalna.
Ostatnia moja wycieczka była do Hebronu. W końcu. Już od tak dawna chciałam tam pojechać.
Dla tych, co nie wiedzą, Hebron jest miastem w Palestynie, w którym mieszka około 500 żydowskich osadników. Ci osadnicy walczą o to, by Palestyna przynależała do Izraela. Część Hebronu jest pod kontrolą izraelskiej armii. Między osadnikami a Palestyńczykami ciągle dochodzi do starć.

Dotarłyśmy tam z Martą izraelskim autobusem, czyli takim, którym jeżdżą m.in. osadnicy. W związku z tym szyby w nim były podwójne, kuloodporne. Nawet mur w tych okolicach jest inny, częściowo pochylony. Chyba po to, żeby nic nie przerzucano.




Część miasta nie będąca pod kontrolą Izraela jest pełna życia, tłoczno tam, wrzawa, stragany, samochody. Potem przechodzi się przez coś jak punkt graniczny i już się jest w pustym, martwym mieście duchów. Tylko od czasu do czasu ktoś się przechadza. Ale wszystko jest pozamykane, nieczynne. Spotkałyśmy tam jednego osadnika, który się z nami przeszedł i poopowiadał. Cała ta okolica została zamknięta przez wojsko, bo terroryści palestyńscy strzelali stąd. I przez te walki bardzo dużo budynków, czasem całe ulice, obróciły się jedną wielką ruinę.




W tych ruinach bawią się palestyńskie dzieci. Dzieci potrafią bawić się wszędzie.




Co i rusz napotykałyśmy schrony, barykady i punkty, z których żołnierze mogą strzelać.








W wielu miejscach po żydowskiej części znalazłyśmy propagandowe grafitti. To najbardziej nas rozłożyło.




Sporo było wojska, ciągle mijały nas samochody z żołnierzami. Z jednego wychylił się żołnierz i pokazał - sama nie wiem - victory albo peace. Tak czy siak, ironicznie to wszystko wyszło...




W Hebronie i innych tego typu miejscach pracują obserwatorzy, którzy pilnują, czy aby przypadkiem izraelskie wojsko i osadnicy nie dyskryminują, źle traktują, poniżają, atakują Palestyńczyków. Bo to akurat dość często się zdarza. Wiem to, bo mój znajomy jest takim obserwatorem. I ostatnio sam został pobity przez osadników, a jego aparat ukradziono. Z tego co wiem, to osadnicy robią dużo świństw i okropnych rzeczy, jak np. dziurawienie zbiorników z wodą, należących do arabów, niszczą im pola, nawet napadają na ulicy.
Nam udało się zobaczyć, jak jedna z Palestynek tłumaczy jakąś sytuację takim właśnie obserwatorom. Chyba miała jakieś problemy z tym żołnierzami z tyłu.




Poszłyśmy też do grobu Abrahama i Sary, zarówno do części muzułmańskiej jak i żydowskiej. Obie były ciekawe, każda inna.




Have a good time...




Powrót

Link 11.07.2009 :: 17:25 Komentuj (3)

Zostałam wrócona do Polski. Ale zielono! I są poziomki w ogródku.
Ale i tak póki co nie jest mi najlepiej. Właściwie to jakby mnie walec przejechał. Może to chwilowy szok. A jak nie, to trzeba będzie poważnie pomyśleć co z tym począć.
Na razie nie bardzo wiem, co mam ze sobą zrobić. Może zlecenia projektowe, które ostatnio zaczęły się pojawiać, jakoś mnie zajmą.
Ale zostało Tam kilka Osób, których mi bardzo brakuje. Więc czuję się tak, że wsadźcie mnie do jakiegoś środka lokomocji i wyślijcie z powrotem... Może być nawet autobusem w bagażniku.






A jak nie, to sama sobie zarobię na jakiś pojazd.




Wiem, że tam wrócę. Nie wiem jeszcze kiedy i na ile czasu. Ale "wrócimy tu jeszcze".




galeria Czeszek

Link 12.07.2009 :: 16:39 Komentuj (1)

Dopiero zaczynam sobie uświadamiać, że wróciłam do Polski. I że póki co na stałe. Że może jednak warto rozpakować walizkę, bo to nie jest tak, że ona już jest spakowana na następny wyjazd do Izraela.
Zlikwidowanie mojego pokoju w Jerozolimie było dziwnym doświadczeniem. Musiałam zapakować cały rok życia w 2 walizki, w 20 kg. Choć wyszło z tego 30kg, to i tak nie łatwe. Pierwszy etap pakowania polegał na wyrzuceniu wszystkiego co niepotrzebne. Mniej więcej 1/3 mojego pokoju wylądowała w śmietniku. Bo to tak jest, że zbiera się różne głupoty, bo to sympatyczne, a to może się kiedyś przyda, a ten bilet coś przypomina. Część rzeczy sprzedałam do second handu, część rozdałam i zostało mi 30kg.
Ale to mi też uświadomiło, jak wielu rzeczy, które mam, nie potrzebuję. Że w moim pokoju w Polsce jest tyle bezużytecznych rzeczy. Wyrzuciłam 1/3 ubrań z szafy, nawet nie pamiętałam, że je mam. Mam zamiar zrobić poważną selekcję pozostałych moich rzeczy, bo ledwo mogę otworzyć większość szafek, żeby nic się stamtąd nie wysypało.

Czuję się jakoś dziwnie. Jakbym była na takim etapie dryfowania pomiędzy czymś a czymś i jeszcze nie wiem czym. To chyba jakiś czas zmian, wejścia w nowy etap. Do tamtego co było nie da się wrócić i trzeba wziąć pewne elementy tej gliny do lepienia kolejnego stopnia tych schodów.

Zupełnym przypadkiem doszła do mnie wieść, że wreszcie moje zdjęcia Czeszek zostały umieszczone na stronie Dagrodu. Bardzo się z tego cieszę, szkoda tylko, że firma mnie nie poinformowała o tym, choć było mi to obiecane. A dowiedziałam się z bardzo dziwnego maila od osobnika, który stare Czeszki kolekcjonuje...
Zobaczyć moją małą galerię można na stronie www.jarmilki.com.pl. Moje zdjęcia są pod numerem 4.

Tutaj jedno z nich:




Witamy!

Link 19.07.2009 :: 18:56 Komentuj (3)

Przepraszam za takie długie milczenie bez uprzedzenia. W ramach robienia tego co lubię pojechałam na Mazury, a internet, który tutaj mam - wolny i przez modem, nie pozwala za bardzo szaleć. Mazury są super, to dobre lekarstwo na wszystko. I nawet pogoda była dla mnie bardzo łaskawa do wczoraj. Chyba te 30 stopni to przyleciało za mną z Izraela następnym samolotem...
Żadne szalone przygody mnie tu na razie nie spotkały, to raczej taki pobyt spokojny. No może poza wieczornymi posiadówkami na pomoście z moim kuzynem Davidem i 2 innymi osobami, gdy czasem nam się zbiera na żarty. A, raz o mało nie złamałam nosa. Huśtałam się na huśtawce, a David stał naprzeciw mnie i niechcący dostałam jego czołem prosto w nos. Oboje byliśmy zaskoczeni jak do tego doszło... Trzeci dzień mnie pobolewa, ale cały jest.
I cieszę się dobrym i tanim polskim jedzeniem i piciem. :)




U mnie dużo się nie dzieje, ale za to u moich bliskich przyjaciół Cyberkota i Pana Cygaro bardzo dużo. Wielkie gratulacje i ukłony!!! Witamy na świecie!!


Walki wodne

Link 24.07.2009 :: 23:58 Komentuj (3)

Wróciłam z Mazur, więc i blog wraca. Ostatnio przerwy między wpisami były dość długie, postaram się by teraz było pod tym względem trochę lepiej...
Czas płynął tam dość leniwie na kąpielach i wygłupach. Ostatniego dnia popłynęliśmy z Davidem i Danielem naszym kajakiem prawie na koniec jeziora i było super. Potem zatrzymaliśmy się w połowie drogi powrotnej na kąpiel. I ledwo zdążyliśmy na mój pociąg do Warszawy...




Jako że nie mamy w Polsce Beduinów, a Beduini są super, Daniel stanowił pewną atrapę-pocieszankę... ;)




No i jak to zawsze przy kąpielach z nieco młodszym towarzystwem bywa, walki wodne być musiały... Nawet gdybym nie chciała, to by były. Nie da się inaczej... I raczej przeważnie przegrywałam. Tutaj już ewidentnie:








Ale wesoło było. I zajmowało mnie, a to teraz ważne.


Hellmanns w kuchni

Link 26.07.2009 :: 00:18 Komentuj (10)

Dzisiaj był bardzo fajny dzień, chyba na razie najlepszy od czasu mojego powrotu. Przyjechali do mnie Klara, Praxeda i Nowak. Trochę pograliśmy w grę planszową i quiz biologiczny... A potem było wielkie gotowanie. Nie było to łatwe, bo też potrawy niezwyczajne, a mianowicie humus, falafel i pity... :) Wszystko zrobiliśmy sami!

Zaczęliśmy od cieciorki takiej po prostu.




Najpierw humus. Może trochę wyszedł za suchy, ale i tak dobry. Posypaliśmy zatarem i papryką.




Potem pity. Nawet w niektórych miejscach były puste jak prawdziwe pity! Moje bezglutenowe trochę gorzej wyszły, ale jakoś wyszły.




Falafle robiliśmy z bardzo różnych składników...




Tak wyglądały przed smażeniem:




A tak po smażeniu (trzeba było je spłaszczyć i pokombinować, żeby się przy smażeniu nie rozpadały):




Oprócz tego były jeszcze bakłażany smażone i sałatka. Tak wyglądał nasz stół:




Jak na pierwsze w życiu robienie humusu, falafli i pit wyszło całkiem całkiem. Smacznego! :)




Wyrocznia

Link 29.07.2009 :: 14:35 Komentuj (10)

Jednym z najfajniejszych kursów na Bezalelu był rysunek designerski. Te zajęcia cieszyły mnie nawet wtedy, kiedy miałam jakiś taki szkolny kryzys i nic mi się nie chciało. Uczyliśmy się tam różnych trików przy rysowaniu produktu. Mieliśmy też fajne zadanie. Polegało ono na wymyśleniu postaci komiksowej lub książkowej i jej historii, a potem do tego były różne zadania rysunkowe. Na koniec trzeba było stworzyć szkicowy storyboard historii i złożyć wszystko w książkę.

Moja postać była wyrocznią, która żyje w wysokich górach. (zadanie: postać w jej otoczeniu)




Powstała w taki sposób:
W górach tych mieszkał mag, który wyrzeźbił małą figurkę postaci kobiecej. Zdarzyło się jednak, że mag spadł ze skały i zginął, a figurka pękła na pół. (zadanie: przedmiot jakoś związany z postacią, rysunek na ciemnym tle)




Magiczne rośliny pozbierały elementy potłuczonej figurki oraz kamienie leżące dookoła i zbudowały z nich wyrocznię. Dużo większą niż figurka.




Gdy przybywają do niej ludzie z pytaniami, wyrocznia pisze odpowiedzi na ziemi za pomocą jednego z kłączy.




Aby dotrzeć do wyroczni, trzeba wędrować wiele dni. Są jednak pewne ułatwienia, bo niektóre z miejsc byłyby po prostu niedostępne. Tutaj jest coś w rodzaju windy - kamienia z otworem, który unoszony jest przez rośliny. (zadanie: środek lokomocji postaci lub z jej otoczenia)




Ludzie docierają do miejsca, gdzie przechodzą przez kamienną bramę. Z krawędzi mogą zobaczyć wyrocznię, zadać jej pytanie i odczytać odpowiedź. Stąd też spadł mag. (zadanie: otoczenie postaci z żabiej perspektywy)




W historii dalej jest, że ludzie byli niezadowoleni z odpowiedzi. We wściekłości zaczęli rzucać kamieniami w wyrocznię. Ta wtedy, za pomocą pędów, poruszyła kamienie i spowodowała lawinę, która zabiła niewdzięcznych ludzi. Z kamieni, które w lawinie spadły, magiczne pędy powiększyły wyrocznię. Duża wyrocznia stoi tam cały czas.

Taki był layout książki (uprzedzam, że nie mam w tym dużego doświadczenia):





MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl