photo 1-1.jpg

Hellmanns oskubany do zera

Link 01.07.2010 :: 22:18 Komentuj (11)

No i sprawa kradzieży...
Jeszcze nigdy nikt mnie tak nie obrobił, w dodatku tak bezczelnie...
Ale też się podstawiłam, podróżując sama o 1 w nocy w Berlinie. Nauczka.

Było tak:
Pożegnałam się ze znajomymi w centrum i ruszyłam do domu. 2 minuty później zostałam bez portfela, dokumentów i telefonu.
Jechałam schodami ruchomymi i zaczął mnie zaczepiać jakiś chłopak. Jakaś durna gadka. Próbowałam go spławić, nawet się udało. Wsiadłam do swojego metra i zobaczyłam, że mam rozpiętą kieszeń w pokrowcu na aparat. Kieszeń świeciła pustką... Czyli tamten mnie zagadał, żeby w tym czasie wyjąć mi portfel i telefon... I to była chwila, połowa schodów ruchomych...
Spanikowana wysiadłam na następnej stacji i pierwszego przechodzącego chłopaka zapytałam o policję. Zadzwonił, dowiedział się, że daleko i zaoferował, że pójdzie ze mną. Ależ byłam wdzięczna!! Szliśmy i szliśmy, rozmawiając po angielsku:
- Nie miałam tam dużo pieniędzy, tylko 15 euro, ale szkoda dokumentów i telefonu...
- Tylko 15 euro? Ja to jak jadę za granicę, to mam jednak sporo pieniędzy...
- No tak, ale ja na krótko, już mój pobyt tu się kończy, poza tym blisko mieszkam, bo w Polsce.
Chłopak nagle się zatrzymał, otworzył szeroko oczy i czystą polszczyzną powiedział:
- Kurcze no!!!! Mariusz jestem!! :)
O tyle łatwiej się zrobiło :) Doszliśmy na policję, ale tam zostaliśmy odprawieni, że tylko 2 policjantów tam jest i właśnie gdzieś jadą... To było takie polskie, nie obrażając nikogo... Musieliśmy zgłosić się na policję gdzieś zupełnie indziej, więc Mariusz wziął taxówkę, zapłacił za nią i nie chciał, żebym mu odesłała pieniądze. Miłe bardzo.
Tam na właściwym komisariacie mnie już zostawił. Złożyłam zeznanie, dostałam usprawiedliwienie dla kanarów i ruszyłam do domu.
Na policji nie wyrażono zgody na to, bym zadzwoniła do Polski, żeby zablokować sobie telefon i karty bankowe. A trzeba było to zrobić jak najszybciej. Tylko problem - jak? Godzina 3 w nocy, obce miasto i ja sama.
Wysiadając z metra w okolicach teatru, w którym mieszkałam, zobaczyłam 3 chłopaków, którzy zdawali się w porządku. Bo to się zazwyczaj widzi, czy ktoś jest ok czy nie. Czy pomoże, czy dobije. No więc wiedziałam, że oni pomogą. Powiedziałam im, co się stało, pokazałam papier z policji na dowód, że nie kłamię i poprosiłam, czy mogę zadzwonić do Polski do mojego brata, żeby mi zablokował wszystko. Zgodzili się od razu. Mało tego, nawet się posprzeczali między sobą, z czyjego telefonu mam dzwonić, każdy użyczał swojego :) Ale mój brat nie odebrał, miał na noc wyciszony telefon. No i co dalej? Musiałam zablokować karty i telefon. Chłopaki zabrali mnie do domu, bardzo blisko mojego i tam przez internet zablokowałam telefon. Kart mi się nie udało, ale zrobił to już następnego dnia mój brat, któremu opisałam sprawę mailem. Potem, żeby mnie już więcej przygód nie spotkało, jeden z tych chłopaków odprowadził mnie pod teatr.

Dzięki tym chłopakom i Mariuszowi ta przygoda nie była taka straszna, jakby mogła być. Choć dokopała mi mocno, bo bardzo szybko się okazało, że zanim zablokowałam telefon (zajęło mi to ok 2 godzin), złodziej wydzwonił mi 450zł... Sprawdziłam biling połączeń i okazało się, że mój telefon zaliczył kilka rozmów do Algierii... Pilnujcie swoich telefonów!!! A już szczególnie za granicą! Roaming nie jest tani...


Dla mnie ta historia skończyła się , gdy wróciłam do teatru przed 5 rano. Dla mojej rodziny natomiast zaczęła się, gdy ja odsypiałam tę noc. Rano mój brat zobaczył, że ktoś w nocy dzwonił do niego kilka razy z kilku niemieckich numerów. On i moja zaalarmowana mama próbowali się do mnie dodzwonić, ale bezskutecznie, bo po blokadzie kradzieżowej odzywał się automat, że taki numer nie istnieje. Mama obdzwoniła kilkoro z moich znajomych, ale nikt nie wiedział, co się ze mną stało. Gdy w nocy się od nich odłączyłam, wszystko było ok... I w ogóle "Helka chodzi własnymi ścieżkami." Bardzo się zestresowali, czy użytkownik nieistniejącego numeru jeszcze istnieje. A ja nawet wysłałam mamie maila w nocy i mojemu bratu smsa z bramki internetowej od moich wybawców, ale mama poczty nie sprawdziła, a sms nie dotarł... W końcu poprzez kilka telefonów do moich znajomych moja rodzina dotarła do kogoś, kto wiedział. I jak już mama sprawdziła pocztę, to jej reakcja była taka:
"Bogu dzięki, że tylko Cię okradli". Jedyna osoba, która się cieszyła z tej kradzieży ;)


Na skutek kradzieży straciłam, oprócz telefonu i 15 euro, dowód osobisty, prawo jazdy, kartę do bankomatu, kartę visa, legitymację studencką, kartę ubezpieczeniową i różne pamiątkowe rzeczy. Teraz powoli odtwarzam dokumenty. To było całkiem ciekawe doświadczenie tak stracić tożsamość. I bez portfela i telefonu czułam się tak jakoś... Bezpiecznie? Takie miałam poczucie, że już mnie nikt nie może okraść. W dodatku po raz pierwszy w życiu chciano mnie spisać, za rozklejanie naklejek wirusa XILY na Krakowskim Przedmieściu, ale nie było jak, bo straciłam wszystkie dokumenty. I jeszcze wytłumaczyłam temu panu, jak to w ogóle bez sensu byłoby mnie spisywać, że nie ma potrzeby itd. Udało mi się go przekonać :)

Jedyny dokument, jaki mi pozostał, to paszport. Bo nie miałam go ze sobą w Niemczech. I dzięki paszportowi mogłam pójść zagłosować w wyborach. W najbliższą niedzielę też pójdę. I Was też namawiam - idźcie zagłosować!!! Bo to nie jest wszystko jedno, kto na tej huśtawce będzie teraz wyżej.




Lato

Link 11.07.2010 :: 00:37 Komentuj (4)

No i mamy lato najprawdziwsze. Prawie egzotyczne. Fajnie, lubię gorąco. Ale lato latem, a ja przez ostatni tydzień intensywnie pracowałam na wydziałowej modelarni nad moim projektem licencjackim. Przesunęłam obronę na wrzesień, głównie z powodu tej kradzieży - straciłam dostęp do konta i nie za bardzo było mnie stać na skończenie projektu i wydruki plansz. Ale mam teraz całe wakacje na to, mogę dokończyć mój licencjat na spokojnie i go trochę jeszcze rozbudować. No więc znowu zostałam stolarzem i wiercę, piłuję, szlifuję i fajnie jest.

Oprócz tego musiałam się już wyprowadzić z Narnii. Szkoda, bo było fajnie, ale wszystko się kiedyś kończy.

Lato na wsi jest fajne. Zima zresztą też. I jesień. I wiosna. Fajnie mieszkać na wsi. Fajnie mam :)
Teraz są takie piękne kolory, po roku w Izraelu to wszystko, każda pora roku, mnie tak zachwyca! Choć teraz już się robi tak sucho, jak w Izraelu...

O zachodzie słońca.




Robiłyśmy z mamą duże bukiety z polnych kwiatów.




A dziś fotografowałam cienie. Bo w cieniu teraz najmilej. I pamiętajcie - butelka wody na głowę!






Balkan Beat Box live

Link 13.07.2010 :: 00:06 Komentuj (2)

Wczoraj było na wypasie. Oj było...
Pojechaliśmy 10cioosobową, bardzo fajną grupą do Lublina na koncert izraelskiego zespołu Balkan Beat Box. Już 2 razy zamieszczałam tu ich piosenki, może ktoś z Was pamięta. Koncert był w ramach festiwalu Inne Brzmienia. Po drodze do Lublina zatrzymaliśmy się w Kozienicach, żeby zjeść obiad w postaci grillowanych kiełbas, cukinii i pieczarek, z tym że pieczarki i cukinie zjedliśmy głównie na surowo, bo jakoś się nie chciały ugrillować należycie. Miejsce było przyjemne, bo nad samą wodą - jakimś mały jeziorkiem albo dużym stawem. Kąpiel w nim była taka świetna! Upalny dzień, a ja chlup do wody! :)
Po godzinie 21 dotarliśmy na Rynek Starego Miasta w Lublinie. Godzinę później umieraliśmy z wrażenia... Ja ciągle jeszcze czuję, jakbym latała, a nie chodziła. I z tego co widzę po fejsbukach moich towarzyszy wyprawy, nie tylko ja :) My szaleliśmy, zespół szalał, ogromna energia i świetny kontakt zespołu z publicznością. Muzyka na żywo to jednak wspaniała sprawa. Po koncercie podeszłam do wokalisty i powiedziałam mu po hebrajsku, że było na prawdę świetnie. Widziałam zaskoczenie w jego twarzy, że słyszy w Lublinie ojczystą mowę, potem się uśmiechnął szczerze, po hebrajsku mi podziękował i podał rękę. Ale byłam dumna!
Teraz, jak słucham płyt Balkan Beat Box, to zupełnie inaczej mi to brzmi. Jednak zobaczenie na żywo ożywiło też dźwięki z odtwarzacza. Bo wiem, jak zespół wygląda, kto jakie dźwięki tworzy, jak się chłopaki zachowują na scenie.

Nie mam zdjęć, nie wzięłam aparatu, żeby móc się swobodnie bawić. To była dobra decyzja, bo szalałam, szalałam, szalałam :) Za to można sobie obejrzeć to, co ktoś wstawił na youtube (jest tego więcej), tak żeby choć trochę poczuć smak tego koncertu.




Dziękuję całej ekipie za ten wyjazd: Panu Cygaro, który był pomysłodawcą wyprawy i jej organizatorem, Grześkowi, który był organizatorem grilla, Karolinie, Asi, Karolinie, Dorocie, Kasi, Anastazji i Gosi!!!

A dzisiaj spotkała mnie niespodzianka w postaci listu tradycyjnego z załącznikiem o takiej treści:

"Konsulat Generalny Rzeczypospolitej Polskiej w Kolonii przesyła w załączeniu znalezione na terenie Niemiec prawo jazdy pani Heleny Rut Czernek, ur.18.08.1985r.
Ww. dokument został przesłany do tutejszego urzędu konsularnego przez Urząd Pocztowy w Marburgu, Niemcy.

Z poważaniem,

z up. Konsula Generalnego

Otto Jachimowicz
konsul"

No ale ja już w międzyczasie wyrobiłam sobie nowe prawo jazdy, więc teraz będę mieć 2. Jedno ważne, drugie na pamiątkę. Jak widać ten mój Algierczyk, który miał być Turkiem, wcale nie mieszka w Berlinie, tylko w Marburgu. Ciekawe co zrobił z resztą dokumentów i w którym mieście się który z nich znajdzie...

Teraz znikam na półtora tygodnia, wybywam za kolejną naszą granicę. Obiecuję, że po powrocie będą zdjęcia stamtąd i jakieś opowieści. Na razie!!!


Odessa - Everything is illuminated

Link 24.07.2010 :: 22:38 Komentuj (6)

Wróciłam. Byłam daleko.




No dobra, nie aż tak daleko :) To tylko fototapeta w naszym strasznym hotelu bez okien. Ale podróż była bardzo długa. Ukraina jest całkiem duża, a Odessa daleko. Żeby tam dotrzeć, jechaliśmy aż 26 godzin... Z Klarą, Nowakiem i Mattem wybraliśmy najbardziej skomplikowaną podróż, ale za to najtańszą. Najpierw pojechaliśmy pociągiem do Przemyśla (prawie 7 godzin), tam wzięliśmy busik do przejścia granicznego w Medyce (20 minut), przeszliśmy na Ukrainę piechotą, stamtąd autobusem do Lwowa (prawie 2 godziny). We Lwowie nie załapaliśmy się na pierwszy pociąg, w dodatku groziło nam, że na 2 kolejne też już nie będzie miejsc i że witaj Lwowie na całą dobę. Ale spotkaliśmy pana, który był Polakiem, przewodnikiem wycieczek mówiącym po ukraińsku i w dodatku jadącym do Odessy. I on, nie wiem dokładnie jak, przyprowadził do nas kierownika wagonu, który powiedział, że za 100 chrywien od osoby (równowartość biletu) znajdzie dla nas miejsce. I takim sposobem, po 3 godzinach wsiedliśmy do pociągu, do przedziału owego kierownika. W takich warunkach spędziliśmy ponad 12 godzin. I były to na prawdę luksusowe warunki!




Rano wypatrywałam tego, o czym tak marzyłam - pola słoneczników. Od czasu, gdy obejrzałam "Everything is illuminated" tak bardzo chciałam zobaczyć hektary słoneczników na własne oczy. Udało mi się, choć nie na tyle, na ile chciałam, czyli nie z bliska. Ale może kiedyś się jeszcze uda. I tak było pięknie!!




Gdy pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji, to wysiadłam i kupiłam od baby na peronie kukurydzę gotowaną. To typowe tam, że miejscowi ludzie przychodzą na peron sprzedawać podróżnych jedzenie. Porozmawiałam z nią i innymi trochę po rosyjsku. Jak się ze smutkiem przekonałam podczas pobytu, prawie zupełnie zapomniałam rosyjski, a kiedyś mówiłam płynnie :(

Po wspomnianych 26 godzinach dotarliśmy do Odessy i tam dołączyliśmy do pozostałej części ŻOOM - większość poleciała samolotem.

Odessa jest bardzo ładna. Przy ulicach rosną ogromne platany, tworzące prawie dach. Stare kamienice i cerkwie robią dobry klimat.




Ale chyba najbardziej zaskoczyły mnie w Odessie światła, które mają sekundniki mówiące pieszym, ile czasu zostało do zmiany.




Świetna była Szkoła Piwa. Cała ściana kraników z różnymi piwami, kredą napisane nazwy, ceny, zawartość alkoholu.




Pan nalewał piwo do jednakowych butelek, a potem przyklejał na nie karteczki z nazwą.




Można tam było też kupić kwas chlebowy, ale jednak bardziej podobały mi się beczkowozy z kwasem.




Super był targ rybny. Nie wiedziałam, że takie ślimaki też się je...




Kilkakrotnie widziałam baby z takim czymś.




Myślałam, że sprzedają chodniki, ale jedna z pań odwinęła chodnik i...




Najwięcej czasu spędzaliśmy nad morzem. Wciąż nie wiem, czemu to niebieskie morze nazywa się Czarne...
Kąpiele były jedynym ratunkiem od 35stopniowych upałów, czasem nawet większych. Największą frajdę mieliśmy na bananie-rekinie ciągniętym przez skuter wodny. Szaleństwo!!! Pędziliśmy tak bardzo szybko, drąc się z wrażenia, a co jakiś czas pan na skuterze ostro zakręcał i nas wszystkich wyrzucało w powietrze i do wody! Ale było super!! Tylko ciężko było się wdrapywać z powrotem. Ale były emocje! Przez cały dzień prawie tylko o tym gadaliśmy :)




Poza tym chadzaliśmy do portu na piwo i zjeść pyszności kupione wcześniej. W porcie też mieliśmy kidusz na rozpoczęcie szabatu, co było dość nietypowym na to miejscem...




Oprócz tego zwiedzaliśmy żydowskie miejsca Odessy (w Odessie żyje ok 40 000 tys Żydów!!!). Pojechaliśmy też na ogromny targ o nazwie "7km", większy kilkakrotnie od dawnego Stadionu X-lecia, gdzie z wielkim natchnieniem fotografowałam manekiny.




Wspomniałam na początku o hotelu bez okien. Myślę, że warto napisać coś więcej. Bo hotel był nietypowy. Po pierwsze pokoje były bardzo małe, nie miały okien, a poczucia przestrzeni miały dodawać fototapety. Klimatyzacja działała dziwnie i w dzień było chłodno, ale w nocy nie dawało się spać z gorąca. W dodatku do hotelu schodziły się prostytutki z okolicznych klubów ze swoimi klientami. Ja akurat trafiałam na nie rzadko, ale innym zdarzyło się słyszeć, jak dwie panie się pobiły o klienta, a potem jedną z nich sprał alfons... Taki właśnie był hotel Zirka. Ach, i jeszcze - zarezerwowane były pokoje z oknami i tańsze, jak przyjechaliśmy okazało się, że dostaliśmy droższe i bez okien, a na pytanie o okna odpowiadano "Ale po co okna? Jest klimatyzacja".

No i powrót do Polski. Grupa samolotowa zebrała się z hotelu w południe i o 15:30 była już w Warszawie. My - dopiero następnego dnia o 21... Musieliśmy czekać cały dzień na pociąg, a to był wyjątkowo gorący dzień, w dodatku po nieprzespanej nocy. Nie mieliśmy już hotelu, więc do wieczora musieliśmy się włóczyć po mieście. Korzystając z okazji, że Klara i Kasia chciały poszopingować, przykucnęłam w jakimś kącie przed wejściem do centrum handlowego. Długo nie pospałam, bo zjawiła się ochrona z pytaniem czy wszystko w porządku i że mam tam nie spać. I w takim klimacie przysypiania gdzie popadnie minął dzień... W międzyczasie dostałam jakichś strasznych skurczów żołądka i się kładłam na ławkach, żeby jakoś mi przeszło, ale nie przeszło i dopiero apteka zaradziła. W końcu, jak już dostaliśmy się do pociągu do klasy plackarta, czyli jednej z najtańszych, to się okazało, że jest jeszcze gorzej... Duchota taka, że trudno było oddychać, choć to była prawie godzina 23. Pot ciekł z nas strumieniami, okien nie dało się otworzyć, a w wagonie bez przedziałów było ok 60 osób. Noc przetrwałam na przemian przysypiając i wycierając twarz mokrym ręcznikiem. Kasia chyba w ogóle spała z mokrym ręcznikiem na twarzy. I ja jeszcze ciągle się bałam, że spadnę z łóżka, jak pociąg zahamuje - wszyscy mieliśmy miejsca na górze. Ale o dziwo dotarliśmy cali, tylko strasznie wymęczeni. Potem znowu podróż z Lwowa do granicy, przejście przez granicę, busik do Przemyśla i 7 godzin jazdy... To było mocne przeżycie, a podróż powrotna dużo cięższa niż w pierwszą stronę. Jednak wagon konduktorski z otwieranym oknem był nie do pogardzenia...




Tak czy siak warto było, szczególnie ze świadomością, że można dojechać z Warszawy do Odessy mieszcząc się w 80zł, a to jest dobrze ponad 1000km, może nawet ok 1500km :) I chyba warto przejechać się plackartą, tak dla zobaczenia tego na własne oczy i poczucia Ukrainy z bliska :)


PakStar 2010

Link 27.07.2010 :: 12:51 Komentuj (6)

Gdy wróciłam z Odessy, czekał na mnie w domu list o treści:

"Serdecznie gratuluję w imieniu organizatorów Konkursu, członków Komisji Konkursowej oraz własnym, uzyskanej nagrody w Krajowym Konkursie Projektów Opakowań Student PakStar 2010 za projekt Opakowania na przyprawy izraelskie".

Zajęłam jedno z trzech pierwszych miejsc. Sukces!!! :)

Napisano też, że rozdanie nagród odbędzie się we wrześniu w Poznaniu na otwarciu targów opakowań i że nagrodzone prace mogą startować w światowym konkursie opakowań WorldStar Student Award 2010.

Projekt ten już kiedyś pokazywałam, ale pokażę jeszcze raz. Zmieniłam go nieco, przeprojektowałam tak, by wszystkie z opakowań składały się na płasko i by były bardziej uniwersalne, na różne przyprawy, a nie tylko na zatar.




To co na planszy małymi literkami:

Opakowania na przyprawy wykonałam podczas pobytu w Izraelu. Uwagę moją przykuły tamtejsze niezwykłe targi, a na nich stoiska z przyprawami. Zaobserwowałam, że przyprawy często są tam kupowane jako prezenty z Bliskiego Wschodu. Są one ważone na miejscu, pakowane w plastikowe torebki lub zawijane w szary papier albo kawałek gazety. Aby uatrakcyjnić sposób pakowania przypraw, stworzyłam zestaw opakowań bazujących na lokalnych zwyczajach, czyli szarym papierze i gazetach, nadając ziołom dodatkowej szlachetności i estetyki podania.

Zaprojektowane przeze mnie opakowania występują w trzech rozmiarach, w zależności od tego, jak dużo chcemy kupić danej przyprawy. Wszystkie opakowania podczas składowania są płaskie. Gdy sprzedawca chce je napełnić, jednym ruchem nadaje im przestrzenny kształt - w wypadku najmniejszego opakowania zagarnia wszystkie strony całymi dłońmi, a w wypadku dwóch pozostałych opakowań chwyta palcami narożniki przy podstawie i odciąga je od siebie. Dzięki swej składalności najmniejsze opakowanie może służyć również jako "talerz" z ziołami, w którym macza się kawałki chleba. Taki sposób jedzenia typowy jest dla najpopularniejszej przyprawy tamtych rejonów - zataru. Pionowe bigowanie w dwóch pozostałych opakowaniach ułatwia posypywanie przypraw - przy naciskaniu na boczne ścianki z przodu tworzy się dziubek.

Prosta grafika, czyli nadrukowane fragmenty izraelskiej gazety oraz napis "Spice from Israel" (także we wersji hebrajskiej) ma nieść ze sobą egzotyczny klimat tamtejszych targów, a także nadawać opakowaniom uniwersalność. Dzięki tej uniwersalności można do nich nasypywać każdego rodzaju przypraw i herbat. Nazwę ziół dopisuje na opakowaniu sprzedawca, dlatego opakowania mogą być jednakowe dla wszystkich przypraw. Odręczny napis z nazwą zawartości dodaje produktowi również pewnej autentyczności.



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl