photo 1-1.jpg

Barszcz taki inny

Link 09.07.2014 :: 23:20 Komentuj (1)

Cześć!
W poprzednim wpisie pojawiły się komentarze od czytelników tęskniących za nowymi wpisami. Ja też się pod tym podpisuję, bo sama też tęsknię... Bardzo dużo się wydarzyło, założyłam z Aleksandrem firmę (w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości – polecam, namawiam, zachęcam!). W związku z tym bardzo dużo się dzieje, ciągle gdzieś jeździmy, coś załatwiamy, coś odkrywamy. Ale o tym później. Postaram się jednak, żeby to później było w ciągu najbliższych dni. :)

A teraz o tym, co dzisiaj. Zrobiłam sobie przerwę w pracy, a jako że jestem teraz w domu, to wsiadłam na rower i pojechałam pozachwycać się okolicą i zachodzącym słońcem. Pojechałam do pana z sąsiedniej miejscowości, który od czasu do czasu pomaga nam w różnych pracach gospodarskich. Ten pan ma bardzo malownicze podwórko wyłożone kocimi łbami, przedwojenną ceglaną oborę i drewnianą stodołę. Trochę rysowałam jego oborę, trochę uciekałam przed koniem.




Pan jest dość barwną postacią. Jakiś czas temu opowiadał mojej mamie o sposobach medytacji, jakie stosuje. Należy usiąść po turecku, rozłożyć ręce i palce zrobić tak w ciupkę (jak ktoś z Was był w Izraelu, to tak samo jak tam się pokazuje, żeby ktoś zaczekał chwilę, czyli "Rega" - moment). Dzisiaj omawialiśmy sprawy medycyny naturalnej, a nawet stosowaliśmy ją w praktyce. Zostałam bowiem poproszona o zabandażowanie jego bolącej ręki. Ale nie zwyczajne zabandażowanie. Pan poszedł na pole i przyniósł bukiet barszczu. Ale nie barszczu Sosnowskiego, tylko "takiego innego". Liście tego barszczu poszły pod nóż, a potem pod wałek, żeby puściły soki. Dwie garście takich posiekanych liści znalazły się na ręce pana, a ja wszystko razem owinęłam bandażem. Pan był zadowolony, powiedział, że już czuje, że grzeje, a to ma właśnie pomóc na tajemniczy ból, o którego przyczynie nie chciał mnie poinformować.




Ja, zadowolona, że zrobiłam dobry uczynek, pojechałam do strachów na wróble, z którymi przeczekałam do zachodu słońca.




Mezuza właśnie z tego domu

Link 10.07.2014 :: 21:36 Komentuj (6)

To będzie bardzo długi wpis.
W styczniu ja i Aleksander zaczęliśmy razem pracować. Nazwaliśmy naszą działalność Mi Polin, co po hebrajsku znaczy "Z Polski". Projektujemy i produkujemy wszystko co się wiąże z kulturą, religią i historią żydowską. Jednym z naszych najważniejszych projektów są "Mezuzy z tego domu". Jeździmy po Polsce, odszukujemy ślady po mezuzach i robimy z nich odlewy z brązu. Dla utrwalenia ich, bo bardzo szybko znikają. Ale też tworzymy w ten sposób nowe mezuzy. Taką mezuzę, np. z Krakowa, Leżajska czy Góry Kalwarii można zamontować na futrynie drzwi w swoim domu. Dzięki temu możemy mieć kontakt z przeszłością, z miejscem z którego pochodzili nasi przodkowie. Przy zbieraniu takich odcisków staramy się zbierać również historię tych miejsc. Czasem udaje się dowiedzieć wielu szczegółów, innym razem praktycznie nic.

Jak wiecie, przygody i dziwne sytuacje zawsze się mnie trzymały. Ktoś mi kiedyś powiedział, że je przyciągam. Teraz przyciągam je też do Mi Polin. Marzyliśmy kiedyś z Alanem (Aleksandrem), żeby kiedyś udało się nam dotrzeć do potomków osób, na których domu znajduje się taki ślad i który utrwalamy w brązie. Sprawa wydaje się trudna. U nas jednak okazała się bardzo łatwa. Prawnuk mieszkańca domu w Szczebrzeszynie zgłosił się do nas sam!

Ale od początku. Mieliśmy zamówienie od pana z Kanady, aby zrobić dla niego odlew z Dynowa. W Dynowie przed wojną mieszkała jego rodzina. Ten pan nie wie gdzie dokładnie, więc poprosił o odlew z jakiegokolwiek adresu w tym miasteczku. Mieliśmy szczęście, bo zachowało się tam kilka śladów, a to wcale nie jest taka oczywista sprawa. W wielu miejscowościach nie pozostał już ani jeden.
Dynów jest za Rzeszowem. To dość daleko od Warszawy, a połączenia nie najlepsze. Polecieliśmy więc samolotem do Rzeszowa, żeby zaoszczędzić czas i mieć cały dzień na pracę. Zaplanowaliśmy sobie trasę tak, żeby z Dynowa już naziemnymi środkami lokomocji dotrzeć do Lublina. Stamtąd też warto mieć odcisk. Wstać na samolot musieliśmy o 5 rano. I o tej 5 zobaczyłam wiadomość na facebooku od niejakiego Rickiego, chłopaka ze Stanów, który napisał:
"Wszyscy moi dziadkowie pochodzili z Polski. W ciągu ostatnich lat zrobiłam dokładny research o mojej rodzinie. Kilka tygodni temu miałem okazję zobaczyć dom, gdzie mieszkała rodzina mojego dziadka w Szczebrzeszynie. Z zaskoczeniem i wzruszeniem zobaczyłem tam, że na futrynie drzwi nadal znajduje się wnęka po mezuzie."
Ricky zapytał, czy zrobilibyśmy dla niego odlew, mezuzę z domu, który wybudował jego pradziadek.
Kompletny szok! Jest 5 rano, zaraz jedziemy na lotnisko, a tu taka wiadomość! Radość i wzruszenie ogromne też dla nas. Sięgamy po mapę i okazuje się, że Szczebrzeszyn jest na trasie z Dynowa do Lublina! Gdyby Ricky napisał dzień później, to wizyta w Szczebrzeszynie przesunęłaby się zapewne o conajmniej kilka tygodni. Tymczasem jeszcze tego samego dnia się tam znaleźliśmy. :)

Ale po kolei. W Dynowie zrobiliśmy odciski 2 śladów i o godzinie 10:30 byliśmy już po robocie. Poszliśmy więc w odwiedziny do cadyka Cwi Elimelecha. Na zarośniętym pagórku nie ma już nagrobków, najwyżej rozbite resztki. Macew nie ma, ale za to są ohele, czyli grobowce. Do sterty karteczek z prośbami do cadyka dołączyłam swoją. Wychodząc z ohela chcieliśmy dać cedakę w postaci 5zł. Wrzuciłam monetę do metalowej puszki na datki zamocowanej do ściany przy drzwiach. 5zł z brzękiem uderzyło o posadzkę. Ze zdumieniem patrzę pod spód skrzynki – nie ma denka. Cadyk nie przyjął naszej cedaki! Jak to rozumieć? Cadyk nie chciał od nas wziąć? Może to za mało? Czeka, aż zarobimy więcej i wrzucimy większą kwotę? A może to znak od cadyka, że tam już nikogo nie ma..? Nie wierzę, żeby chodziło tylko o to, że wandale oderwali denko...




Przemierzając przepiękne okolice Podkarpacia i Roztocza pojechaliśmy do Szczebrzeszyna. W między czasie dostałam od Rickiego dalsze wskazówki oraz kontakt do pani Małgosi, nauczycielki angielskiego w Szczebrzeszynie, która niezwykle angażuje się w działania na rzecz zachowania pamięci i dziedzictwa żydowskiego. Towarzyszyła ona Rickiemu i jego rodzinie podczas wyprawy do Szczebrzeszyna. Pani Małgosia z niezwykłą gościnnością i ciepłem przyjęła wiadomość o naszym przyjeździe. Wieczorem przy zachodzącym słońcu zostaliśmy odebrani przez pana Franciszka, organistę w kościele, który wynajmuje pokoje i razem z panią Małgosią próbuje uruchomić fundację. Jeszcze tego samego wieczoru pan Franciszek obwiózł nas po okolicy.




Pokazał nam też żydowski cmentarz. Zachowało się na nim sporo macew. Ale jest też zbiorowa mogiła. To tutaj, na ten cmentarz, Niemcy spędzili całą społeczność żydowską i rozstrzelali. Wszystkich.




Była godzina 22. Lunął deszcz, zaczęła się burza. Wszyscy razem pojechaliśmy do domu należącego do pani Małgosi. Prowadzi tu ona szkołę językową. Przywitaliśmy się jak starzy znajomi, którzy od dawna się nie widzieli. I tak przy otwartych drzwiach, szeleście deszczu i herbacie siedzieliśmy do późna, słuchając opowieści o Szczebrzeszynie.
Dom, w którym przebywaliśmy, też był żydowski. Pani Małgosia od zawsze myślała, że należał do rodziny. Ale parę lat temu, gdy robiła porządki na strychu, znalazła tabliczkę z dziwnie brzmiącym nazwiskiem i napisem "dentysta". Zaczęła szukać informacji o osobie z tabliczki. I doszukała się. Historia jest tragiczna. Mieszkało tam małżeństwo z synem, żydowska rodzina. On był dentystą. W czasie wojny ich syn, jeszcze dziecko, został schwytany przez Niemców. Przetrzymywano go w areszcie. Udało się jednak skontaktować rodzicom chłopca ze strażą aresztu. Za odpowiednią sumę pieniędzy mieli chłopaka wypuścić. Pieniądze zostały przekazane, a chłopca zapewniano, że wróci do rodziców. Wypuszczono do z budynku aresztu. Jednak za rogiem czekał już na niego niemiecki żołnierz z pistoletem i go zastrzelił... Rodzice chłopca zaczęli się niepokoić, dlaczego pomimo wręczonego okupu, nadal ich syna nie ma. Ojciec udał się więc na miejsce, gdzie chłopiec wcześniej przebywał. Tam go zastrzelono. Matka została sama. Gdy nadszedł ten straszny czas rozstrzeliwań na cmentarzu, ona, oddając cały swój majątek, biżuterię i pieniądze, miała zostać ocalona. Spotkała się z tym, któremu przekazała wszystko, co miała. Ten wziął to wszystko i zastrzelił kobietę na miejscu...
Ten dom to dla pani Małgosi poczucie obowiązku, by dbać o pamięć o takich ludziach jak poprzedni jego właściciele.




Działania, jakie prowadzą, są bardzo ważne. Byli tam uczniowie z Izraela, którzy razem z młodzieżą ze Szczebrzeszyna uczyli się o sobie nawzajem i o historii Szczebrzeszyna. Razem też zrobili animację opowiadania Singera "Błędy", którego historia działa się właśnie w Szczebrzeszynie.




Następnego dnia rano razem z Panią Małgosią i Panem Franciszkiem poszliśmy zrobić odcisk śladu po mezuzie z domu pradziadka Rickiego. To było dla nas niezwykłe przeżycie. Ta futryna, ten ślad... Tam kiedyś była mezuza, której kilka razy dziennie dotykał pradziadek Rickiego. Teraz odlew z brązu, mezuzę z tego domu, będzie dotykał jego prawnuk...






W Szczebrzeszynie czułam, jakby czas nie płynął. Obok kościoła znajduje się synagoga i cerkiew – wszystko na jednej linii. Domy są cały czas te same, co przed wojną. Nowe wpisują się w styl i klimat. Czułam, że jestem w sztetlu. Że zaraz z bramy wyjdzie Abram Szlomo, pradziadek Rickiego. Ale nie wyszedł...





MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl