photo 1-1.jpg

Hellmanns po pekińsku

Link 05.07.2015 :: 17:02 Komentuj (1)

W ostatnim czasie dużo podróżowałam po Polsce. Niestety nie udało mi się tego tu opisać, ale może jeszcze ten moment nastanie, bo historie się gromadzą, więc muszą znaleźć jakieś ujście.
A teraz będzie o dużo dalszej podróży, która właśnie się zaczęła. Do Pekinu!
Ale zanim do tego Pekinu dotarłam (dzisiaj), to poleciałam do Amsterdamu.

Holandia jest bardzo dobrze nawodniona.




Ponieważ było 6 godzin czekania na przesiadkę, ruszyliśmy zobaczyć miasto. I trafiliśmy do czerwonej dzielnicy. Po piątkowej imprezie miasto ledwo się podnosiło na nogi. O kawę ciężko w sobotę rano, ale za to bardzo łatwo o bucha.



Sklepy z marihuaną były na przemian z domami publicznymi, gdzie panie prezentujące w witrynach swe wdzięki uwodziły przechodniów. Oglądasz przez szybę, wybierasz, wchodzisz i kupujesz. Tak to działa. Jak w sklepie.

Panienka z okienka.



Przed tym tropikalnym upałem znalazłyśmy z Moniką schronienie na dworcu kolejowym, gdzie tropiki towarzyszyły nam w postaci owoców - kokosa i mango. Dość wakacyjnie, choć nie o wakacje tu chodzi. Ale o tym zaraz.




No i lecimy.



Do Pekinu przyjechałam z delegacją Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Tutaj, w najbliższy piątek, odbędzie się otwarcie wystawy, którą razem z Klarą zaprojektowałyśmy. Na wystawie pokazane będą stroje ludowe, makiety tańców i instrumenty ze zbiorów PME oraz etnodesign, czyli design inspirowany tradycjami ludowymi.
Wystawa będzie trwała do września, a my tu jesteśmy, by wszystko zmontować i przygotować.
Wystawa odbędzie się w NAMOC (National Art Museum of China). Czyli tutaj:



Od wtorku bierzemy się do roboty. Tym czasem teraz poznajemy miasto.

Hmmm... Co by tu zjeść?




Może jajko w dziwnym sosie?




Może kaczy łeb?




Owoce w kształcie Buddy?




A może lody w kształcie kwiatków?




Nie, jednak zupa i wołowina w pieprzu.




I słodkie kartofelki, które smakują jak landrynki.




Do popicia herbata z mlekiem i chińskimi daktylami.




A to wszystko (właściwie większość) na spacerze po Hutongu. To tradycyjna zabudowa z XIII wieku, praktycznie nie zmieniona. Oczywiście remontowana regularnie, zrobiono tam witryny sklepowe, ale domy jak stały tak stoją.




Można tam spędzić godziny, próbując różnych pyszności i kupując mniej albo bardziej potrzebne rzeczy. ALbo po prosu chodząc i oglądając.



Idę odespać podróż. Kolorowych snów.




Hutongi

Link 07.07.2015 :: 18:16 Komentuj (0)

Kolejne dni mijają bardzo intensywnie. Rano idziemy do muzeum, a wieczorem ruszamy na miasto. Chodzimy głównie na hutongi, czyli dzielnice z oryginalną zabudową, bo tam jest najciekawiej. Większość budynków na tych starych uliczkach ma takie dachy. Taka zabudowa przeplata się z bardzo ozdobną.






Początkowo chodziliśmy w miejsca bardziej turystyczne. Oczywiście było tam dużo ciekawych rzeczy, ale jedzenie, na które trafialiśmy, było raczej gorsze niż lepsze. Mała kraksa:




Pan robiący zwierzątka z cukru. Trzymając ogon w zębach, dokręcał tu i tam.






Radość wielka!






Część naszej grupy z nadzieją oczekująca pyszności. Szybko się okazało, że pyszności nie dostaliśmy, tylko coś.




Nieturystyczne hutongi mocno się różnią.








To już poza hutongiem. Sklep z żeń-szeniem. Pachniało aż na ulicy!




To wszystko było wczoraj, po wizycie w muzeum. Ale to nie koniec dnia, bo jeszcze pojechałyśmy we 4 na plac Tiananmen, czyli plac Niebiańskiego Spokoju. Chociaż ta nazwa nie ma się nijak do tego, co się w tym miejscu działo i dzieje. Mauzoleum Mao Zedonga. Tu sobie śpi snem wiecznym.




Dzisiaj cały dzień rozpakowywaliśmy skrzynie z eksponatami i ubieraliśmy manekiny.




Zagęszcza się...




Wieczorem poszłyśmy na super jedzenie, najlepsze jak do tej pory. Na szaszłyki. Ale nie takie kurczak, papryka, cebula, tylko takie:



Na patyczki ponadziewane są różne dziwne trawy, grzyby, ośmiornice, tofu, ryby, mięso, warzywa, jajka... Wybiera się co się chce i pan to wrzuca na gorącą blachę. Cena: warzywny szaszłyk 1 jułan (60gr), mięsny 3 jułany (1,80zł).

Wybór mój i Moniki:




Wszystko było mega super pyszne. Przyprawione dobrze. Cały obiad + pół piwa kosztował mnie 7zł.




Poza tym z takich ciekawostek, to najbardziej niebezpiecznie tu jest być pieszym i przechodzić przez zebrę. Nie do końca rozumiem tutejszy system, ale wygląda na to, że tu samochody ZAWSZE mają pierwszeństwo. Niezależnie od tego, czy piesi są na zebrze, mają zielone światło. I jak się idzie, a samochód jedzie, to wygrywa ten silniejszy. Nawet jeśli ma przejechać po pieszym. Mi o mało nie przejechał po stopach.

Inna rzeczy, na poczcie otwierają wszystkie paczki. Tam się przynosi rzeczy luzem i pani na poczcie pakuje paczkę przeglądają dokładnie każdą rzecz. Kosmetyków nie można wysyłać. A paczki z Chin do Chin muszą być zaadresowane chińskim pismem, inaczej nie zostaną przyjęte w okienku.

I ceny. Ceny są zależne od tego, kim się jest. Czereśnie mogą kosztować 50zł za kilogram, brzoskwinie 6zł za sztukę...


Zakazane wycieczki

Link 14.07.2015 :: 19:00 Komentuj (2)

Teraz trochę o pałacach i świątyniach. Architektura najtradycyjniejsza z tardycyjnych.
Zakazane Miasto. To ogromny kompleks pałacowy, w którym jeszcze do 1924 roku mieszkał cesarz. Aż trudno sobie to wyobrazić, że tak niedawno. Wtedy – raczej przeznaczone do obcowania z tak wielkimi przestrzeniami w samotności, zapełniały się tylko na ceremonie. Teraz zapełniają się milionami turystów. I to właśnie przez nich nie mogłam się wczuć w atmosferę. W dodatku upał był dziki i choć niebo było szare od smogu i słońca prawie nie było widać, to było tak gorąco, że niestety to była bardziej męczarnia niż przyjemność. Ale piękno pięknem pozostaje, więc się nim z Wami dzielę. Starałam się fotografować tak, żeby jak najmniej ludzi było widać. Niestety w zakazanym Mieście nie można wchodzić do wnętrz budynków. Jest już mniej zakazane niż dawniej, ale jednak nadal...










Wszystkie dachy w takiej bardziej tradycyjnej architekturze, nie tylko w Zakazanym Mieście, mają takie zwierzęta. Koledzy z Muzeum odkryli, że to są takie standardowe dachówki...




Wczorajsza wycieczka do Świątyni Lamy była dla mnie dużo większą przyjemnością, chociaż to był najgorętszy dzień: 40*C... Po pierwsze to nadal działająca świątynia. Więcej jest wiernych modlących się przed wizerunkami Buddy, niż turystów. Powietrze przenika zapach kadzideł, które wprowadzają mistyczną atmosferę. Tam mi się nigdzie nie spieszyło.










Strażnicy:














Ten pan pięknie śpiewał modlitwy. Nagrałam trochę na dyktafon. Ale potem mnie przepędził...




Mandala usypana z barwionego piasku.




A na samym końcu...



Na samym końcu stał drewniany posąg buddy. Tak wysoki, że nie udało mi się sfotografować jego twarzy. Historia jest taka, że najpierw postawiono posąg, a dopiero potem wokół niego zbudowano świątynię.




Za to akurat w kadrze zmieściła się stopa.




A to papu dla Buddy. Ale Budda jakoś jeść nie chce i na koniec zjadają je wierni.



Ponieważ niewiele o buddyzmie wiem, nie za bardzo wiem kto jest kto wśród tych postaci. Na ratunek przyszedł mi Patryk z Muzeum i co nieco wyjaśnił. Podobno buddyzm nie zakłada istnienia boga, a buddą może być każdy. Nawet ty!

A potem zrobiliśmy głupią rzecz, bo pojechaliśmy do Świątyni Nieba. Świątynia Nieba jest bliżej nieba, bo jest na wzgórzu. Czułam się jak Ikar, który poleciał za wysoko i teraz leci w dół. Skutek był taki, że znowu zamiast się zachwycać, leżałam plackiem ciężko sapiąc. Potem prawie zasnęłam na siedząco na krawężniku. Ale proszę Was o odrobinę zrozumienia – na prawdę było 40 stopni! Powinni tego zakazać...



Jutro ma być dużo lepiej, powiedziałabym, że nawet chłodno, bo tylko 28*C! Jadę zobaczyć Mur Chiński!


Mur Chiński

Link 16.07.2015 :: 13:04 Komentuj (3)

Udało się. Dotarłam na Mur Chiński i nawet z niego wróciłam. Choć miałam taki moment, że myślałam, że jednak tam nie dojadę. Podróż nie jest najłatwiejsza, bo z kilkoma przesiadkami, a tutaj z nikim nie można się dogadać.
Mur można zobaczyć w różnych miejscach. Ja wybrałam Mutianyu. Jest dość niedaleko, 90km od Pekinu, ale nie jest aż tak bardzo turystycznie jak w innych miejscach. Oczywiście są bilety, stragany na dole, ale nie ma takich tłumów jak np w Badaling.

Pojechałam metrem do dworca autobusowego, ale oczywiście nie mogłam go znaleźć, bo nigdzie nie jest oznaczony. Chyba że jest po chińsku, ale tego nie wiem. Próbując na migi się jakoś dowiedzieć w końcu trafiłam kierując się własną intuicją. Tam autobusem 916快 pojechałam do Huairou. Według informacji z internetu powinnam była jechać do końca. Podczepiłam się do 3-osobowej grupy Amerykanów, żeby w razie czego podzielić koszty taksówki, bo autobus nie dojeżdża na samo miejsce. Po półtorej godziny autobus się zatrzymuje i jakiś facet zaczyna krzyczeć, żebyśmy tu wysiedli. Wysiedli Amerykanie, ja nie zdążyłam i autobus ruszył, więc cały autobus zaczął krzyczeć, żeby kierowca mnie wypuścił. Dobiegłam do Amerykanów, którzy już negocjowali podwózkę pod Mur. No i wtedy się zorientowaliśmy, że wysiedliśmy za wcześnie, a taksówkarz specjalnie zrobił zamieszanie, żebyśmy dłużej musieli z nim jechać. Z 40 juanów (24zł) na osobę zszedł do 20 (12zł) , ale to i tak było dużo. Na miejscu już po kupieniu biletu wstępu był jeszcze jeden autobus już w cenie biletu na Mur. Podróż wieloetapowa, ale ostatecznie warta tego.

Zdecydowaliśmy się wjechać na Mur kolejką linową. Zazwyczaj nie należę do takich wygodnickich, ale tu zdecydowanie było warto zachować siły i czas na dalszą wspinaczkę po Murze, mimo że kolejka kosztuje 80 juanów (50zł).




Pierwsze moje wrażenie po wjechaniu na górę – cudowny zapach sosen. Taki stężony. Nigdy wcześniej nie byłam w lesie, który by aż tak pachniał. Trochę jakby żywicę wąchać. Miałam już potwornie dość pekińskiego powietrza, tłumu, samochodów. To było idealne miejsce. No i widoki...






No i siup. Mur.




Tutaj opuściłam Amerykanów, pod których się podczepiłam i ruszyłam samotnie przed siebie. Im dalej szłam, tym mniej było ludzi. Do tego stopnia, że mogłam iść przez 5-10 minut i nikogo nie spotkać. Tego właśnie szukałam.



Przeszłam całkiem spory kawał, od wieży nr 14 do nr 2. Wieże oddalone są od siebie o długość 2 strzałów z łuku, tak by żadna część muru nie pozostała bez ochrony.




Wieża w środku.






Ta najdalsza wieża, do której dotarłam, to ta wysoko po lewej stronie. Najwyżej po prawej jest wieża numer 1, do której nie ma dostępu. Nieźle się namęczyłam, żeby się dostać do tej z numerem 2.




Schody były czasem prawie pionowe. A jak się weszło na nie, to się okazywało, że dalej są kolejne...






Gdy szłam już po tych schodach na czworaka, odezwała się do mnie schodząca w dół dziewczyna. Dodała mi otuchy, że na górze jest pięknie i na prawdę warto włożyć ten wysiłek. I tak zaczęłyśmy rozmawiać. Olga jest z Moskwy i właśnie rozpoczęła kilkumiesięczną podróż po Azji. Przed nią jeszcze południowe Chiny, Tybet i Bali. W Pekinie Olga mieszka w spa... Tutaj są takie spa, gdzie płaci się za 18 lub 24 godziny. Można się tam pluskać, masować, wypiękniać. W ramach ceny 180–250 juanów (108–150zł) można spędzić tam całą dobę, a do tego jest wyżywienie 5 razy dziennie. Kraby, ryby, wszystko czego się zapragnie. Są miejsca do odpoczynku, bardzo wygodne fotele regulowane. Olga na nich śpi. Więc Olga siedzi w spa już prawie 2 tygodnie.
Zaproponowała, żebyśmy za godzinę spotkały się przy wieży numer 8 i wróciły do Pekinu razem. Ja ruszyłam pod górę, ona w przeciwnym kierunku, by wkrótce się spotkać.

Zlana potem wdrapałam się na górę. I faktycznie było niesamowicie. Byłam znacznie, znacznie wyżej niż pozostała część Muru.








Za wieżą była tablica z zakazem wstępu na dalszą część Muru. Mur jest odremontowany tylko do tego miejsca, a dalej się po prostu sypie. I właśnie z tego powodu wieża numer 1 nie jest dostępna.






Tak wygląda remontowanie Muru. Jeden robi, reszta siedzi. Więc ta wieża numer 1 jeszcze pewnie długo nie będzie do oglądania... Chyba że z daleka.



Niestety w wielu miejscach Mur i wieże są pomazane przez turystów. A jakby tu, jak napisano, na prawdę byli historycy, to by chyba uszanowali takie miejsce...




Przy wieży nr 8 czekała już Olga. Ruszyłyśmy w dół pieszo. Kompletnie same, bo już minęła godzina, do której można było zwiedzać. Na dole pustki, nie ma już nawet pracowników. Nikt nie sprawdza, czy tam ktoś został na górze czy nie. Chyba można by tam nawet nocować. To byłoby wspaniałe doświadczenie!
Na dole przy kasach pustki. Żadnych ludzi, żadnych autobusów, taksówek. Więc po prostu zaczęłyśmy iść, machając na autostop. Ciągle się ktoś zatrzymywał, ale każdy chciał pieniądze. A ponieważ robiło się późno, a ostatni autobus z Huairou do Pekinu miał być o 19:00, nie mogłyśmy tak wybrzydzać. W końcu minibusik z pasażerami zaproponował po 25 juanów. Nawet byłam skłonna się już zgodzić, albo stargować na 20, ale Olga bardzo twardo wynegocjowała po 10. Jak nie, to nie, idziemy piechotą. Więc pan się zgodził. W środku zaskoczył nas młody sympatyczny Chińczyk, bo mówił po angielsku!!! Olga go przycisnęła, żeby przyznał, ile oni, lokalsi płacą. 5 juanów. Z Olgą się nie zginie! Ale oczywiście zapłaciłyśmy po 10, bo taka była umowa. Jednak warto takie rzeczy wiedzieć, wziąć poprawkę na to że się jest turystą i płacić 10 juanów, a nie 25.
Jak dojechaliśmy do Huairou, była 19:11... Alarm w głowie, co teraz. Kierowca oczywiście wystąpił z propozycją, że za skromnych kilka stówek nas zawiezie. I tu znowu uratowała nas przytomność umysłu Olgi. Autobus 916快 podjechał w tym momencie na przystanek po drugiej stronie ulicy. Uff... 5,50 zamiast kilkuset.

Po powrocie poszłyśmy do świetnej restauracji. Szczerze mówiąc jestem dość rozczarowana tutejszą kuchnią, może dlatego, że chodziłam głównie do tanich barów wierząc, że właśnie tu powinno być najlepiej i najprawdziwiej. Tymczasem tamta restauracja, tylko trochę droższa od barów, okazała się strzałem w dziesiątkę, a moje wspomnienia żywieniowe będą znacznie lepsze.




Ten wpis miał być trochę wskazówką dla tych, którzy będąc w Chinach chcieliby się wybrać na Mur. Dopowiem jeszcze kilka uwag:
– najlepiej pojechać tam w tygodniu, bo w weekendy jest dużo więcej ludzi. To dotyczy zresztą nie tylko Muru, ale Zakazanego Miasta i innych turystycznych miejsc.
– nie warto jechać na Mur jak jest upał, bo jest dużo chodzenia po otwartym słońcu, dużo po schodach pod górę. Ja miałam pogodę bardzo łaskawą.
– W ogóle lepiej przyjeżdżać do Chin poza sezonem wakacyjnym, bo wtedy wszyscy Chińczycy ruszają w kraj i bilety lotnicze są duuużo droższe.
– bilety na pociąg lepiej kupować z kilkudniowym wyprzedzeniem, bo szybko się kończą i zostają same drogie albo na stojąco. Z tego powodu nie doszedł do skutku mój wyjazd do Xian do Terakotowej Armii.

Dzisiaj w nocy wracam do Polski, ale na pewno zrobię jeszcze wpis o samej wystawie.
Mam nadzieje, że kiedyś uda mi się zwiedzić południowe Chiny.



MOJE PROJEKTY

SPALONY DOM


Linki

Aleksander Prugar;
Filipiny wg BreakDaCycle;
Praxa patrzy i widzi;
patchwork nad stawem;
Wycieczki Kobego;
Cyberkot;
Ministerstwo słów;
Silly rabbit;
Mkłj;
Mimo wszystko pozytywna;
Lapsus Lazuli;
Łodyga;


Muzyki posłuchaj:

Dubioza Kolektiv;
Gogol Bordello;
Myslovitz;
Czesław Śpiewa na maszynkę!;
Muzyka Końca Lata;
Maki i chopaki;
Shay Gabso;


Różności wspaniałości:

Helena Projektuje;
Moja kolekcja Bulików;
Ja w Digarcie;
Woodpecker!;
Klara projektuje;
Praxeda projektuje;
Fajne czcionki Klary;
Aleksander Prugar - fotografie;
Porandkuj w Warszawie;
Fotografia Carla Kleinera;
Mikołaj Grynberg - fotografie;
Koronki w mieście;
BLU - mega świetny street art;
Fluidacje;
Warszawski Front Abstrakcyjny;
Przyszłość według Kozakiewicza;
Opuszczone miejsca;
Burkinafazo - kawał dobrej fotografii;


helena.czernek@gmail.com


stat4u

2017

sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2016

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2015

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008

grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl