To były najładniejsze i najciekawsze dni tego września. Właściwie tak nasycone niezwykłymi historiami i nieprawdopodobnymi zbiegami okoliczności, że zaraz będzie że wymyślam... Ale nic z tego zmyślone nie jest.

W sobotę przyjechałam do Płocka na zaproszenie warszawskiego Muzeum Etnograficznego, które zorganizowało wielokulturowe spotkanie. Przyjechali na nie potomkowie Żydów z pobliskiego Gąbina, do którego pojechaliśmy w niedzielę. Moim zadaniem było opowiedzenie o naszym projekcie "Mezuza z tego domu". Cykl wykładów odbywał się w Muzeum Żydów Mazowieckich w budynku dawnej synagogi.

Muzeum czasowo gości wystawę o Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jedna z uczestniczek spotkania nagle rozpoznała na zdjęciu swojego wujka, ukrywanego w okolicach Gąbina... Czarno-białe zdjęcie, on w kryjówce, wychyla się i macha do obiektywu.

Po mojej prezentacji odbył się premierowy pokaz filmu–modelu 3D nieistniejącej już drewnianej synagogi z Gąbina. Na podstawie zdjęć Wojciech Wasilewski odtworzył całą synagogę, włącznie z najmniejszymi detalami. Kamera poruszała się po wnętrzu, między ławkami, wokół bimy i przy aron hakodesz. Przeplatane przedwojennymi zdjęciami i filmami, było bardzo poruszające. Mnie to rozłożyło na łopatki. Ale to, co po tym pokazie działo się z potomkami tych, którzy do tej synagogi przychodzili... Były łzy, było szczęście pomieszane z bólem, wzruszenie i słowa "Umożliwiliście nam wejście do synagogi, do której nam nie było dane wejść." Oni w tym czasie byli dziećmi, albo ich jeszcze nie było. Niektórzy urodzili się już za granicą. Tak było na przykład z Bernim. Urodził się w Urugwaju. Przed wojną jego ojciec pojechał tam do pracy i do rodziny. Żona i syn zostali w Gąbinie. Tak się stało, że w wieku 8 lat chłopiec zmarł. Jego matka zadecydowała, że dołączy do męża, bo nic jej już tutaj nie trzymało. Krótko przed wybuchem wojny opuściła Polskę. A potem urodził się Berni. I gdyby nie śmierć jego brata, ich ojciec powróciłby do rodziny i zapewne wszyscy nie przeżyliby wojny...
Pod koniec lat 90. Berni po raz pierwszy przyjechał do Gąbina. Było to akurat krótko po remoncie chodnika, zbudowanego, jak się okazało, z macew. Macewy zostały przeniesione na cmentarz żydowski. I wśród nich znalazła się macewa 8-letniego brata Berniego...




Wśród uczestników programu, potomków mieszkańców Gąbina, była pani, której dziadek miał kino. Budynek stoi nadal. Dzisiejszy właściciel nas nie wpuścił.




I pani, której babci przyśnił się w 1939 roku wujek mówiący, że mają uciekać z Polski. Następnego dnia uciekli. Przez całą Rosję. Uciekali, nie wiedząc przed czym. A potem wybuchła wojna. Cała rodzina przeżyła.

A na koniec, jakby tych historii było mało, taka:
Podeszła do nas pani z Gąbina, tutejsza. Z reklamówką pełną starych żydowskich modlitewników, znalezionych gdzieś w domu, w którym mieszka. Powiedziała, że do muzeum żadnego nie chce oddać, że przekaże to wyłącznie potomkom, spadkobiercom. Oglądaliśmy te książki, ale najbardziej wzruszające były rysunki na pierwszych stronach jednej z nich i ćwiczenie liter hebrajskich, zdecydowanie rysowane dziecięcą ręką. Ktoś zaczął odczytywać słowa zapisane bukwami. Lab Rań. Nagle poruszenie! LAJB RAJN! Przecież to rodzina pana z naszej grupy! Nie mógł dojść do siebie. Pani z radością oddała mu modlitewnik. Nie wiem, czy to był dziadek, czy brat dziadka. Nie wiem, czy ten chłopiec przeżył wojnę. Jestem natomiast pewna, że to będzie dla tego pana jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie posiada.







Bardzo piękne to były dni.




A ja w tych wszystkich dziwnych okolicznościach staram się nie zwariować i być jako tako...

Name:

Komentarze:

20.03.2017, 10:57 :: 31.179.146.106
Marysia
Twój blog jest jednym z nielicznych, które czytam z zapartym tchem, który mnie niejednokrotnie wzrusza (jak ten dzisiejszy wpis) i jakoś tak zawsze pozytywnie zaskakuje, że jedna drobna babka może tyle fajnych rzeczy!!!