Zakopałam się
Link 14.02.2012 :: 00:15 Komentuj (5)No to jestem. Wróciłam z tygodniowego wyjazdu do Zakopanego. Było bosko!

Masa śniegu, słońce i nawet te -15*C nas nie zraziło do jazdy na nartach. Co prawda stopy miałam ciągle zdrętwiałe z zimna, ale cóż - zima to zima. Jeździliśmy na Szymoszkowej, Harendzie i w Białce, ale żaden z tych stoków nie równał się Kasprowemu. Byłam tam chyba pierwszy raz w życiu i oszalałam.



Na początku zjechaliśmy na Gąsienicową, ale lekko nie było. Nie mogliśmy wystartować, nikt nie chciał być pierwszy. W końcu stromizna taka, że nie wiadomo jak się do niej zabrać. Lepiej najpierw zobaczyć, jak robią to inni. Więc każde z nas po kolei przyjęło na początek technikę zsuwania się... No ale potem już poszło gładko. Wjechaliśmy z powrotem na górę i już tym razem na Goryczkową i nartostradą na sam dół. To było tak wspaniałe uczucie, śmigać z takiej wysokości, mając przed oczami tak niezwykłe widoki, a potem między drzewami mknąć aż na sam dół. Chciałabym jeszcze raz...

Oprócz sportów zimowych, była też turystyka. Bardzo chciałam zobaczyć na żywo Willę Kolibę, zaprojektowaną przez Stanisława Witkiewicza, ojca Witkacego. No i pod koniec wyjazdu w końcu się udało.

Byliśmy też w Muzeum Stylu Zakopiańskiego. Same cudności tam są.

Na małym cmentarzu, na którym pochowani są między innymi Witkiewicz i Makuszyński, było dużo takich plecionych niby kwiatków, czasem domków czy kształtów abstrakcyjnych. Bardzo mi się one podobały, ale nie mam pojęcia czym one są i co symbolizują. A może ktoś z Was wie?

Śnieżna wstęga.

Wieczory spędzaliśmy głównie na graniu w "Pojęcia". To coś w rodzaju "tak i nie", tylko że zawężone do postaci - fikcyjnych bądź realnych. Każdy pisze imię czy nazwę wymyślonej postaci na papierowym pasku i przykleja na czoło osobie, która ma to odgadnąć, tak by napis był widoczny dla wszystkich, poza tą jedną osobą. I w taką kartkę wyposażony jest każdy. Najtrudniej było mi zgadnąć, że byłam Karolem Marksem. Innym razem dojście do tego, że byłam psem, który jeździł koleją też nie było najłatwiejsze. A tu - detektyw Krzysztof Rutkowski we własnej osobie.

I wszystko byłoby na prawdę dobrze, gdyby nie katastrofa podczas naszego powrotu. Jechaliśmy pociągiem interregio, takim bezprzedziałowym. Byliśmy już za Krakowem, gdy pociąg nagle zakołysał się na boki. I stało się nieszczęście. Nasze narty spadły z półki i uderzyły w głowę dwudziestoletniego chłopaka... Po chwili zalał się krwią. Jego ojciec i konduktorzy opatrzyli go, ale zaczęło mu się robić słabo. Wezwali karetkę, która we Włoszczowej czekała już na peronie. Na szczęście ratownicy powiedzieli, że nic poważnego mu się nie stało, ale że jeden szew można byłoby założyć. I pojechali do szpitala. A w nas zostało ogromne poczucie winy. Przeprosiłam chłopaka, powiedziałam mu, że strasznie mi przykro, on się uśmiechnął i powiedział, że ma nadzieję, że mimo to będzie się nam dobrze jeździło na tych nartach. O mało się nie poryczałam... Teraz już wiem, że się nart nie kładzie na półce... I że nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć... Uhhhh...

